Onkomiłość w czasach zarazy…

Prawdziwa historia trudnego uczucia i cierpienia z powodu niejasności sytuacji, umieszczona tu za pozwoleniem czy też nawet sugestią autorki, która napisała, że może to być ciekawa historia na artykuł. Owszem, bardzo ciekawa i wielowątkowa. Jest też dużo pytań, które zapewne zadaje sobie niejedna z nas. Jak to jest z tą miłością podczas choroby onkologicznej?

W treści maila pozmieniane miasta, wiek i treści cytatów – tak by jednak sens pozostał.

„….No właśnie… Wyczytałam na Twoim blogu, że jakiś czas temu prosiłaś o pytania. Chciałam Cię zapytać o Twoje doświadczenia odnośnie chorujących na nowotwór mężczyzn. Czy to częste zjawisko, że odwracają się od kobiet, które kochają? Tyle zdążyłam wyczytać i wysłuchać na temat wsparcia ze strony bliskich, że to takie ważne itp. Tymczasem facet rezygnuje z tego…

Poznałam Go w połowie stycznia w hostelu w Krakowie. Nie będę już opisywać dokładnie, ale naprawdę to wygląda jakby los robił wszystko, żebyśmy koniecznie wtedy się poznali. Od razu powiedział, że ma guza mózgu, leczy się już dwa lata, a lekarze dają mu 8-10 miesięcy życia (ich wcześniejsze rokowania się nie potwierdziły). Zainteresował mnie jako człowiek, bardzo inteligentny, erudyta i sprawiający wrażenie zdystansowanego, może pogodzonego z chorobą (potrafił z niej żartować). W kolejnych tygodniach bywałam zawodowo w Krakowie. Jeden nocleg w tym hostelu miałam zaplanowany już wcześniej, na pozostałe zdecydowałam się z uwagi na Niego. On zakochał się we mnie, chwilę później ja w Nim. Oboje nie mogliśmy uwierzyć w to, co się dzieje. Ja byłam ostrożna w kontaktach z facetami, On nie spodziewał się, że jeszcze takie uczucie Go spotka. Choć znaliśmy się krótko, dobrze spędzało nam się czas razem, pojawiła się myśl, że On naprawdę mógłby być moim mężem, że z Nim nie bałabym się być. Oczywiście wiele razy w życiu byłam zakochana, ale ze wszystkich którzy mi się do tej pory trafiali On okazał się najlepszy. Miałam poczucie, że mnie rozumie. Znajomym z hostelu opowiadał jaka jestem mądra, inteligentna i ładna…

Mówił, że lekarze zabronili mu korzystania z komórki, więc zostawił ją w mieszkaniu w Pozniau. W hostelu mieszkał od listopada, bo co jakiś czas odwiedzał szpital, a nie chciał siedzieć sam w mieszkaniu i myśleć o śmierci. Poza tym w Krakowie miał też firmę, więc zaglądał do pracowników (sam był na zwolnieniu chorobowym). Był słowny, ufałam Mu. Któregoś razu byłam zawodowo w Krakowie, mieliśmy się spotkać na dwie godziny i nie przyszedł. Zadzwoniłam do hostelu, ale nie było Go. Poprosiłam o info kiedy wróci, ale nikt się już nie odezwał. Cały następny dzień to był płacz. Milion myśli w głowie co się mogło stać – że coś mu się stało i leży w szpitalu albo, że nawet… Że źle zapamiętał miejsce spotkania i pojechał gdzieś indziej, że mnie olał itp. Przeszukałam swoje rzeczy i znalazłam starą Nokię. Postanowiłam, że przy najbliższym pobycie w Krakowie dam Mu ją (jeżeli uda, mi się Go spotkać) żebyśmy mieli ze sobą jakikolwiek kontakt. Zaszłam do hostelu nie wiedząc czego się spodziewać i na szczęście zastałam Go. Akurat tego dnia miał wolne od chemii, którą zaczął kilka dni wcześniej. Następnego dnia przed wlewem wymieniliśmy takie zdania:
– „Jestem szczęściarzem, bo mogłem jeszcze Cię poznać”.
– „Nawet nie wiesz ile to co powidziałeś dla mnie znaczy”.
– „Nawet nie wiesz jak to jest mieć kogoś, kto daje motywacje i siłę do życia”.

Ale pomysł, który miał mi przynieść spokój okazał się źródłem bólu i cierpienia. W kontakcie pisemnym czasami to w ogóle nie był ten sam człowiek, którego znałam. Kiedy mieliśmy odmienne poglądy na jakiś temat reagował słowami, których na żywo przy mnie nigdy nie użył. Człowiek tolerancyjny, odnoszący się z szacunkiem okazał się mieć drugą twarz. Która była prawdziwa? Zbiegło się to w czasie z tym, że zaczął czwartą w swoim życiu chemię. Był po kilku wlewach. Na początku miesiąca widzieliśmy się po raz ostatni. Tego dnia potwierdzono pierwszy w Polsce przypadek koronawirusa, a ja czułam się średnio – pokasływałam, pobolewało mnie gardło i głowa. Mieliśmy się spotkać dosłownie na 10 minut, ale sprawy tak się ułożyły, że wyszło z tego około 1,5 godziny. Na żywo był w miarę taki jak zwykle gdy się widywaliśmy, w porannych smsach też w porządku, co mnie trochę uspokoiło, ale i tak miałam mętlik w głowie z powodu poprzednich dni.

Następnego dnia obawiałam się, żeby nie okazało się, że złapał ode mnie katar. Oczywiście nie obyło się bez małej paniki czy nie złapałam gdzieś koronawirusa i Mu go nie przekazałam. Więc kiedy leżał w szpitalu na chemii wysłałam to zakazane pytanie „Jak twoje samopoczucie?” Zareagował nerwowo. Kolejnego dnia sam się odezwał. Przeprosił mnie za swoje zachowanie i wytłumaczył: „Po wlewach jestem rozdrażniony i ciężko ze mną wytrzymać. Jestem wrażliwy na ból i bardzo łatwo się denerwuję. Wiedziałem, że tak to się potoczy. Nikt ze mną nie da rady być w i jest to zrozumiałe. Najlepszą metodą jest odsunąć od siebie ludzi i nie kontaktować się z luźmi by zapamietali mnie dobrze. Można też zachować się tak źle, żeby po moim odejściu odczuwali ulgę zamiast żałoby”. Odpowiedziałam mu, że nie jestem zwolenniczką zrażania do siebie „dla jego dobra”, nie chcę czuć po Jego śmierci ulgi, a opłakać Go, przejść żałobę a potem miło wspominać. Rozumiem, że chciał się odciąć. Kto wie, może ja w takiej sytuacji zachowałabym się podobnie? On, dorosły facet, czerpiący z życia, wesoły, inteligentny, adorujący kobietę miałby sobie pozwolić na pokazanie się jej jako słaby i bezradny?… Odpowiedział, że czuje, że Go zrozumiem. Jakąś godzinę później, gdy byłam w toalecie zadzwonił, ale nie zdążyłam odebrać. Za chwilę znów. Odebrałam i nic, cisza i rozłączenie. I tak kilka razy. Napisałam (nie chciałam dzwonić, żeby nie zrobić Mu kłopotów w szpitalu – jeżeli rzeczywiście nie powinien mieć przy sobie tam telefonu jakiegokolwiek) z pytaniem czy dzwonił. „Tak, ale nie podniosłaś słuchawki”. Wyjaśniłam, że za pierwszym razem nie zdążyłam, ale pozostałe pięć razy odbierałam. „Coś kręcisz”. Zasugerowałam, że może klawiatura jest niezablokowana i jakimś sposobem samo się wciska. „Ta oczywiście…” – to ostatnia wiadomość jaką od Niego mam. Następnego dnia nie otrzymałam raportu doręczenia z wysłanego smsa, za to po dwóch dniach informację „Karta wygasła”. Musiał ją wyjąć z telefonu, może nawet zniszczyć. Gdy dziś piszę do Ciebie, nie mam z Nim kontaktu od kilku tygodni. To w sumie niewiele więcej gdyby liczyć w drugą stronę, do momentu kiedy się poznaliśmy.

W ostatnim poważnym związku był rok. Gdy Jego dziewczyna dowiedziała się, że jest chory, odeszła. Tym bardziej czułam w sobie mobilizację, by ofiarować mu prawdziwe uczucie, pomoc, wsparcie, choć nie wiedziałam jak, bo nigdy nie byłam blisko z żadną osobą chorą na raka. Już tego dnia, gdy Go poznałam naszła mnie myśl, że mi Go szkoda i chciałabym Mu jakoś pomóc, dać mu jakieś szczęście w życiu, tak po ludzku. Była to myśl wolna od uczuć miłosnych, ale może moja podświadomość wiedziała już wtedy lepiej niż ja sama. Nie spodziewałam się, że ostatecznie zachowa się w taki sposób, a wokół jeszcze na domiar złego będzie szalał wirus.

Milion myśli pojawia się w mojej głowie. Czy powodem któregoś z Jego niemiłych zachowań mógł być guz mózgu lub chemia? Czy jednak działał z całkowitą premedytacją? Czy zerwał kontakt, by oszczędzić tego bólu sobie, czy i mi także? A może przestraszył się mojego zaangażowania? Czy z uwagi na koronawirusa wciąż może przebywać w szpitalu mimo, że nie bierze już chemii? Czy to było pożegnanie i już nigdy więcej się nie odezwie? Czy to nasze poznanie się miało w ogóle jakiś sens? A może nic dobrego z tego związku by nie wyszło i lepiej, że stało się jak się stało?

Pod koniec miesiąca przypadają Jego urodziny i zastanawiam się czy nie napisać do Niego jakiegoś listu na adres w Poznaniu. Może właśnie tam teraz przebywa. A jeśli nie, to i tak w końcu kiedyś w tym mieszkaniu się zjawi. Choć im więcej o tym myślę, tym bardziej nie wiem co miałabym Mu napisać. Mam taki mętlik w głowie. Z jednej strony naprawdę chcę uszanować Jego wolę izolacji, więc listem złamałabym to zrozumienie, ale z drugiej strony widzę, że osoby chore bardzo często podkreślają potrzebę wsparcia ze strony bliskich. Może On chce mnie w ten sposób sprawdzić, czy mimo to podejmę jakieś kroki, by ten kontakt nawiązać, „zawalczyć”. Poza tym czasem nawet nachodzą mnie myśli czy ja jeszcze jestem w stanie w ogóle coś Mu ofiarować. Tyle tygodni bez kontaktu, poziom „tych hormonów od zakochania” na pewno znacznie spadł. Czasem wyobraża mi się w głowie taki obraz, że On znajduje mój adres i przyjeżdża do mnie, a ja zamiast się cieszyć patrzę na Niego z wyrzutem…..”

Dostaję taką wiadomość i cóż ja mogę odpowiedzieć? (Pani już dawno odpowiedziałam, ale teraz to ładniej skonstruuję i rozszerzę, bo watków jest tu mnóstwo.)

Po pierwsze nie wiem co tam się wydarzyło. Nie umiem czytać w Jego myślach, a praca nauczyła mnie, że jeśli narzucają się oczywiste odpowiedzi, wcale nie muszą być one prawdziwe.

Moją pierwszą myślą, było jednak to, że jakoś Jego historia mi się nie klei. Po pierwsze bardzo rzadko leczy się nowotwór mózgu chemią. Podobno też zaczął leczenie w listopadzie, a miłosna historia rozgrywa się od połowy lutego do połowy marca (tropem był „pierwszy przypadek koronawirusa”) i On przez te miesiące żył w hostelu bez telefonu, który zostawił w rodzinnym mieście, bo nie może go mieć w szpitalu? Nie znam oczywiście zasad panujących we wszystkich szpitalach, ale nie znam też powodu dla, którego pacjentowi nie wolno mieć telefonu ze sobą. Nie jestem nawet pewna czy taki zakaz, nie łamałby praw pacjenta. W dodatku ktoś jedzie na leczenie nowotworu mózgu i mieszka sam miesiące w hostelu bez telefonu? A jakby mu się coś tam stało??? Czy to jest bezpieczne dla jego zdrowia i życia?

No ale z drugiej strony – kim ja jestem, by podważać czyjekolwiek słowa. Skoro On tak mówił, to raczej należy przyjąć, że tak jest. Pamiętam też tytułową historię z książki „Kat miłości” – słynny psychoterapeuta Irvin Yalom też uważał, że miłosna historia jego pacjentki jest nieprawdopodobna i w nią nie wierzył, a okazała się prawdziwa. Więc jak ja, taki żuczek mogę insynuować, że coś się nie zgadza. Mogę jedynie zgłosić moje pytania i zaciekawnie takim przebiegiem leczenia.

To trochę inna kwestia, bo nie odnosi się bezpośrednio do tej sytuacji, ale mam też taką zasadę, że wierzę moim klintom/pacjentom. W naszej relacji ważny jest szacunek i zaufanie. Oczywiście ważna jest treść, bo jak się wrzuci złe dane, prawdopodobnie otrzyma się zły wynik, ale liczy się też proces. Ktoś czuje to co czuje i nawet jak historia jest nieprawdziwa to oczucia są prawdziwe, a zmyślanie historii też jest z jakiegoś powodu i jest ważne (Dlaczego? Po co? Czemu ma to kłamstwo służyć?). Zatem nawet jak pacjent/klient mnie okłamuje i tak jestem po jego stronie, bo wierzę, że problem z którym przyszedł jest prawdziwy i moim zadaniem jest mu pomóc jak potrafię najlepiej.

Zrobiło się już bardzo długo. W kolejnym wpisie postaram się odpowiedzieć na pytania zadane przez Panią – autorkę maila, bo są to pytania bardzo ciekawe i otwierają nowe, jeszcze nigdy nieporuszane tu tematy. Jeszcze raz bardzo Pani dziekuję, za podzielenie się historią.

Autor

Maria Tarczyńska

Mama, psycholog, psychoonkolog.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s