Rozczarownie. Czym jest i jak je pokonać?

Rozczarowanie – to słowo, które doskonale opisuje mój dzisiejszy stan ducha. Postanowiłam się jednak nie poddawać i coś z nim zrobić. Udało się. Podzielę się z Wami moją wiedzą i doświadczeniem związanym z tym tematem.

Najpierw zastanówmy się czym właściwie jest roczarowanie?

Rozczarowanie – emocja, której doznajemy, gdy nasza wiedza, wiara lub nadzieja ulegnie niemiłej dla nas konfrontacji z rzeczywistością. Konfrontacja może być dowolnie subiektywna, np. gdy ktoś nas wprowadzi w błąd. za Wikipedia
Dodałabym jeszcze: … lub gdy nasze wyobrażenia i oczekiwania są nierealne.

Rozczarowanie może mieć konkretną przyczynę:
1. Ktoś nas zawiódł – jesteśmy rozczarowani przez kogoś. Czyli ktoś nie spełnił naszych oczekiwań i go obwiniamy za nasze rozczarowanie.

2. Coś nas zawiodło – maszyna, pogoda, natura, miejsce, wydarzenie itp.

3. Czasem bywa, że nikt i nic nie jest „winne„, albo może raczej – nie można łatwo ustalić przyczyny. Należy/można/warto po prostu uznać, że tak jest. (Bardzo wiele osób za wszelką cenę chce jednak dociec gdzie leży wina – prawdopodobnie by odzyskać poczucie bezpieczeństwa i kontrolę nad sytuacją. Niestety często zużywa się na to zbyt dużo energii, ale czasem warto. To temat do głębszej analizy i poszukiwań równowagi. Kto jest winien pandemii? Dlaczego mam raka? Dlaczego straciłam ciążę? Dlaczego mój mąż zginął w wypadku? Dlaczego ktoś wykupł ostatnie ciastko, a ja je tak bardzo chciałam! Słynne: DLACZEGO TO MNIE SPOTKAŁO!!!!
P.S. na temat DLACZEGO przygotuję osobny artykuł.)

4. Gorzej gdy przyczyną naszego roczarowania jesteśmy my sami. (Właściwie to zawsze jesteśmy my sami, bo gdy nie ma oczekiwań, to nie ma roczarowań. A oczekiwania sami tworzymy. No ale większość z nas nie jest oświecona czy przebudzona (ja nie jestem), zatem większość z nas ma oczekiwania, odczuwa skrajne emocje i musi/może/chce dopiero się uczyć samoświadomości, samoobserwacji i samokontroli).

Zatem jeśli rozczarowanie jest konsekwencją naszego działania lub potocznie mówiąc naszą „winą” – co wtedy robimy? Bierzemy odpowiedzialność? Czy obwinamy kogoś, coś lub pecha i los, Boga?
Jedna i druga postawa ma wady i zalety:
Odsuwanie odpowiedzialności ma tą zaletę, że pozbywamy się dyskomfortu i możemy nadal czuć się ze sobą dobrze, a negatywne uczucia przelewamy na kogoś i na coś. Nie tracimy dobrego mniemania o sobie i mamy jasny obiekt do żalu daleko od naszego ego. Jest tylko jeden probem.
Tu proszę o uwagę, bo napiszę coś bardzo ważnego, co zmieniło moje życie i może zmienić też Twoje. Zdanie, które kiedyś usłyszałam i jest jednym z moich „przykazań”: „Tam gdzie jest wina, tam jest i władza.”
Wzięcie odpowiedzialności może być trudne, ale jednocześnie daje nam możliwość zmiany i wpływu na sytuację. „Zwalając wienę” jesteśmy bezsilni, bo nasza kontrola tak naprawdę nie wykracza poza nas, a i tu są ograniczenia. Możemy się łudzić, że możemy zmieniać innych, otoczenie, świat. Oczywiście możemy próbować wpływać, insiprować, pokazywać, dawać przykład. Możemy zachęcać do zmian, ale zmusić niekogo do niczego nie możemy. (W ostateczności uzyskamy powierzchowny efekt przez przemoc, zastraszanie, szantarz emocjonalny, groźby, błaganie, wywoływanie poczucia winy itd. Jednak efekt natychmiast ustąpi gdy ustąpi źródło nacisku.)

Co robić z rozczarowaniem?
(Poniższe soposoby, są inspirowane filmem Mel Robbins z dodatkiem moich przemyśleń.)

  1. Jeśli czujesz rozczarowanie – nie próbuj tego naprawiać. Zwłaszcza jeśli rozczarowanie dotyczy kogoś bliskiego, to bardzo trudno nam znieść tą sytację i za wszelką cene chcemy to naprawić, by ta osoba poczuła się lepiej i żebyśmy my poczuli się lepiej. Nam też trudno znieść własne napięcie i nieprzyjemne uczucia, więc chcemy je albo zagłuszyć (uciekajac w alkohol, jedzenie, gry, seriale, narkotyki) albo naprawić sytuacje, tak by jak najszybciej poczuć się lepiej.
  2. Zamiast naprawiać – pozwól sobie na poczucie rozczarowania. Pozwól też innym poczuć rozczarowanie. Napisz to na kartce. „Jestem rozczarowana, bo…. mamy pandemię, przyszłość jest niepewna, nie wiem co robić i jestem zdezorientowana. Nie podoba mi się to!”
  3. W drugim punkcie określiliśmy nasz stan, przyjeliśmy go jako fakt i go zdefiniowaliśmy. Teraz należy sobie pozwolić (lub tej osobie) by poczuć to. Poczuć wszystkie negatywne emocje i napięcie jakie wiąże się z rozczarowaniem.
  4. Warto nieco rozszerzyć i objaśnieć powyższe punkty.
    a) Gdy staramy się coś naprawić to jednym ze sposobów jest podważenie uczuć i stanu. „Nie powinieneś/powinienem się tak czuć!”, „Jak możesz robić dramat i tak się się przejmować taką błachostką?” Po czym rzucamy argumenty mające zmienieć perspektywę: „Ludzie w ogóle nie mają domów” „Ludzie tracą bliskich, tracą życie, a Ty przejmujesz się jakąś dziewczyną?” „Jesteś zbyt wygodnicki, za dużo chcesz i nie doceniasz tego co masz!.” Sami ze sobą także przeprowadzamy takie „pouczające” dialogi. Oskarżamy się, potępiamy, wywołujemy u siebie i innych poczucie winy. Nie chę przez to powiedzieć, że zmiana perspektywny jest złą technika. Moim zdaniem jest bardzo dobra, ale nie jest dobrze, gdy robimy to w agresywny i napastliwy sposób. Zaprzeczjąc uczuciom, sprawiamy komuś przykrość, wpędzamy go w poczucie winy. Powoduje to dodatkowy opór. Na poziomie rozumu i myśli możemy sobie wytłumaczyć to, że faktycznie: jesteśmy zdrowi, mamy jedzenie i może być gorzej. Jednak emocjonalnie czujemy się źle i dodatkowo czujemy się paskudnie – bo „co jest z nami nie tak, że powinnniśmy czuć się dobrze, a czujemy się paskudnie?” Żeby zmieniać perspektywę trzeba mieć też odpowiednie doświadczenie życiowe i wgląd. (Często mamy pretensje, że dzieci są rozczarowane i robią „dramaty” z błachostek,). Wcale nie jest to takie oczywiste także u dorosłych, bo wiele osób kurczowo trzyma się swoich schematów i wcale nie chce z nich rezygnować. Czasem to długi i trudny proces.
  5. Nazwać rozczarowanie i je odczuć. Świetnie, ale jak to zrobić, skoro większość z nas nie była uczona nazywania emocji. – no może kilku podstawowych. Odczuwanie też nie jest naszą najmocniejszą stroną, bo raczej mówiono nam o tłumieniu emocji i ich niewyrażniu. Unikamy też odczuwania emocji zwłaszcza negatywnych, bo to niewygodne, a nie lubimy tego co niewygodne i trudne. Jest też druga skrajność – odczuwamy silne emocje i dajemy się im totalnie porwać.
  6. W przypadku rozczarowania sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo to połączenie wielu emocji: zranienia, smutku, złości i poczucia straty… Wiele osób, doda do tego coś jeszcze, co będzie ich indywidualnym uczuciem.
  7. Zidentyfikowanie uczuć jest bardzo pomocne, można to zrobić z pomocą koła emocji. Zidentyfikowanie słów wyrażających nasze uczucia pomaga. Pomagają też narzędzia psychologiczne np. koło emocji Plutchika.
  1. Nazwanie i odczuwanie emocji ma pomóc nam zrozumieć nasz stan emocjonalny. Jest to krok do świadomej kontroli nad nim. Nie chodzi o to, by pławić się w rozczarowaniu i negatywnych uczuciach. Podkreślam to, bo wiele osób ma do tego tendencje. To też temat na kolejny artykuł albo i książkę. Ksiąki już o tym zresztą powstały. 🙂
  2. Przypomnij sobie, że lepsze dni nadejdą. Wszystko przeminie, to też.
    a) Wyobraź sobie jakąś konkretną datę (w miarę realną), kiedy ta sytuacja, która Cię rozczarowuję się skończy.
    b) Wyobraź sobie co wtedy będziesz robić. Zwizualizuj to sobie.
    c) Znajdź prezentację wizualną tego dnia i tego co wtedy będziesz robił.
    d) Wydrukuj ten obrazek/kolaż zdjeć/moodboard lub samodzielnie to narysuj/namaluj.
    e) Wracaj do tego często i odczuj spokój i radość.
  3. Naprawa sytucji oczywiście też jest ważna. Jednak jest to krok po świadomym zaakceptowaniu i odczuciu rozczarowania. Trzeba też pamiętać, że nie zawsze można sytuacje zmienić i nie na wszystko ma się wpływ. Pomyśl wtedy o małych krokach, które możesz kontrolować. Np. nie możesz kontrolować pandemii i tego co robi rząd i ogólnie rządy na świecie, możesz jednak zdecydować jak zadbasz o siebie i rodzinę.

Powodzenia 🙂

Film Mel Robbins „Day 10. Feeling disappointed? Watch this.”

Zapraszam też na pozostałe artykuły z tej serii:
Jak się nie złościć? Krok po kroku.
Co zrobić by poprawić sobie nastrój?

Film będący uzupełnieniem artykułu – zapraszam.

Czy mówić „będzie dobrze”? Jak mądrze wspierać i pocieszać.

Dziś chciałam Was zaprosić na film – pogadankę, o tym czy mówić komuś kto jest chory „będzie dobrze”? Opowiadam o tym jak można wspierać chorą osobę, co można jej powiedzieć, a czego lepiej unikać.

Dlaczego palenie powoduje raka? O czym nam nie mówią.

Jednym z zadań psychoonkologa jest psychooedukacja, czyli między innymi prowadzenie edukacji w zakresie prewencji raka. Prewencja raka… Co to właściwie znaczy? Niestety są to często slogany: nie wolno palić, należy zdrowo się odżywiać, trzeba prowadzić aktywny tryb życia i badać się regularnie…(Więcej na ten temat powiedziałam w filmiku z okazji Światowego Dnia Rzucania Palenia)
Hasła te są tak popularne i tak mało znaczą, że praktycznie nie robią na nikim wrażenia. Dlaczego? Moim zdaniem brakuje rzetelnej informacji ukazującej jasno i klarownie związki przyczynowo skutkowe.

Praktycznie każdy wie, że palenie papierosów powoduje raka płuc. Większość palaczy zaraz powie, że przecież nie każdy palacz choruje na raka. Przytacza argumenty w stylu:
-„Mój znajomy palił 20 lat i nie umarł na na raka płuc!”
-„A na co umarł?”
– „Eeee… chyba na zawał…”

Można przytoczyć także argument, że nie każda osoba chorująca na raka płuc była palaczem. To prawda, „zaledwie” 9 na 10 paliło papierosy. Co „ciekawe i zaskakujące”- im więcej i dłużej się pali, tym prawdopodobieństwo zachorowania na raka jest większe.

Większość osób nie wie też, że palenie odpowiedzialne jest za całe mnóstwo nowotworów, także w narządach położonych daleko od obszaru bezpośrednio zaatakowanego dymem, jak: pęcherz, nerki, żołądek i trzustka.
Łatwo zrozumieć, w jaki sposób palenie ma wpływ raka jamy ustnej, gardła, przełyku i płuc – powodem jest oczywiście dym zawierający substancje smoliste oraz częściowo temperatura dymu i inne fizyczne czynniki drażniące i uszkadzające śluzówkę przewodu pokarmowego i płuc.
No ale co ma wspólnego z tym trzustka i nerki?


Poniżej postaram się przedstawić cały proces i wyjaśnić, dlaczego palenie jest takie groźne. Znów wkraczam nie na swój teren, ale uważam, że to konieczne. Postaram się wszystko wyjaśnić prosto, zatem mogą nastąpić pewne uproszczenia , za co wrażliwych naukowo czytelników bardzo przepraszam.

Na początek warto zastanowić się nad fundamentalnym dla każdego palacza pytaniem: „Jak nikotyna dostaje się do mózgu?”
Wdychana wraz z dymem nikotyna dostaje się przez płuca do krwioobiegu i z krwią dociera do mózgu. Głównym zadaniem płuc jest dostarczenie tlenu z wdychanego powierza do krwi i wyczyszczenie krwi z dwutlenku węgla. Podczas palenia, wraz z tlenem, do krwioobiegu trafia całe mnóstwo substancji, między innymi nikotyna i blisko 4000 innych specyficznych substancji chemicznych.
(Więcej na ten temat można przeczytać w artykule: Palenie tytoniu najgroźniejszy czynnik rakotwórczy.)
Zatem całe mnóstwo toksyn z dymu krąży nam we kwi po organizmie.

Ktoś mógłby powiedzieć: no ale nie „demonizujmy” palenia. Przecież całe mnóstwo toksyn wdychamy też z powietrzem i zjadamy wraz z przetworzonym i pryskanym pożywieniem, więc czemu akurat „czepiam się” szczególnie papierosów?

To prawda, mutacje powodowane są przez wiele substancji. Pojawiają się nawet samoistnie w procesie replikacji komórek. Jednak większość uszkodzeń jest naprawianych, a jeśli pojawi się poważne uszkodzenie, którego nie da się naprawić, to komórka dostaje sygnał, by popełnić coś w rodzaju bezpiecznego (bezzapalnego) samobójstwa (proces ten nazywamy apoptozą). Odpowiedzialne za to jest jedno, ale niezwykle ważne i kluczowe białko P53 – nazywane „strażnikiem genomu”. (Białko P53 powstrzymuje też rozwijanie się naczyń krwionośnych „dokarmiających” guz.)
(Więcej szczegółowych informacji i dokładny opis białka P53 znajdziecie w artykule Gen p53 jako hamulec molekularny przeciwdziałający powstawaniu nowotworów)

Uszkodzone komórki mogą być też unicestwione także przez nasz układ odpornościowy, ale już z tymi rakowymi nie jest tak łatwo – są one bowiem najczęściej „niewidzialne” dla układu odpornościowego, lub wręcz potrafią uszkodzić nasze komórki odpornościowe. (O tym też się nam nie mówi :/ )

Jak widać mamy całkiem sporo mechanizmów obronnych, chroniących nas przed „psuciem się”. Niestety mechanizmy te tracą swoją skuteczność na skutek między innymi:
– stresu i złej kondycji psychicznej człowieka (badaniem tych zależności zajmuję się psychoimmunologia i to jest też miejsce dla mnie, jako psychoonkologa i psychologa – poprawiając Wasze samopoczucie i kondycje psychiczną, realnie mogę przyczynić się do poprawy Waszego stanu zdrowia i to nie jest jakaś „magia”, tylko nauka. Mam nadzieję, że znajdę w swoich notatkach, genialny wykład z jednej z konferencji, podczas, którego prof. Szczylik szczegółowo wyjaśnia te mechanizmy),
– ogólnej złej kondycji organizmu,
– starzenia się
– i przede wszystkim palenia!

Palenie, a dokładnie benzopiren zawarty w dymie papierosowym (niestety także w smogu) uszkadza bowiem dokładnie gen TP53, uniemożliwiając powstanie białka P53. (Geny kodują białka. Cały proces jest dość skomplikowany, w skrócie DNA -> RNA -> białko. Uszkodzony gen powoduje powstanie uszkodzonego białka lub wręcz uniemożliwia jego powstanie; tymczasem komórka nie ma innej możliwości wytworzenia tego białka.) A zatem:

Bez białka P53 (którego nie ma, bo benzopiren z dymu papierosowego uszkodził gen TP3);

  • komórka nie ma możliwości się naprawić
  • uszkodzona komórka nie ma możliwości się unicestwić
  • komórka, która jest uszkodzona i nie może się unicestwić, z czasem staje się komórką nowotworową, która dzieli się niepohamowanie i jest nieśmiertelna
  • bez genu TP53 komórka, która już zrobiła się sporą ilością komórek rakowych, wysyła sygnały, by rozwinęły się w okół niej naczynia krwionośne dostarczające pożywienie i wtedy guz może się już nieskrępowanie rozwijać …. taa dam… nowotwór złośliwy gotowy!

To właśnie odkrycie związku między benzopirenem, a uszkodzeniem genu białka P53, w końcu jednoznacznie pogrążyło koncerny tytoniowe, które przez lata wypierały się szkodliwości palenia.
(Więcej na ten temat można przeczytać, w moim zdaniem, genialnej książce „Cesarz wszech chorób. Biografia raka”.)

P.S. Zainteresowanych genetyką i genetycznymi podstawami nowotworów zapraszam też do przeczytania książki. „Białko P53. Gen, który złamał kod raka” oraz obejrzenia filmu „Prof. Janusz Siedlecki: Jak powstaje nowotwór?”

Mam nadzieję, że teraz jest już jasne, dlaczego palenie powoduje raka.
W przygotowaniu mam jeszcze jeden artykuł na temat zagrożeń, jakie niesie za sobą palenie papierosów. Zapraszam wkrótce.

Szkoła uczuć. Szkoła spełniania marzeń.

Ostatnio polecałam Wam sporo rzeczy do czytania. Jednak nie zawsze mamy czas czy wystarczające zasoby uwagi, by skupić się na książce, czy tym bardziej poradniku. Postanowiłam zatem polecać też coś do oglądania – na jeszcze deszczowe popołudnia, zimne wieczory, czy po prostu nieco leniwsze dni. Albo jak się „zaniemoże”, tak jak ja teraz. :/

Do tej pory wspomniałam tylko o kilku filmach, które moim zdaniem są warte uwagi:
„Chemia”
„Przebudzenie”
„Heal. Samoleczenie”

W przygotowaniu mam już wiele wpisów o kolejnych filmach, bo leżę w łóżku, zbieram siły i dużo oglądam.

Dziś napiszę o filmie skierowanym raczej dla nastolatków, ale jest to też klasyka gatunku „z nowotworem w tle” (jest taki gatunek? :P), a mianowicie o „Szkole uczuć”. To taki – moim zdaniem – mocno przesłodzony film. Mówi się, że to „wyciskacz łez”. Myślałam, że na takiej landrynkowej fabule (białaczka przedstawiona w sposób przesadnie poetycki, nie mówiąc już o cudownym nawróceniu nastoletniego bohatera) nie będę płakać, ale jednak była jedna scena – pojednania ojca z synem, na której poleciały mi łzy. No cóż, ewidentnie jestem sentymentalna.

Dlaczego jednak polecam ten film i na co warto zwrócić uwagę? Co zauważam u wielu osób, a czego nie zrobili bohaterowie (i chwała im za to)? To odwlekanie realizacji marzeń.
Często pytam o marzenia i przeważnie słyszę: „Tak mam marzenia, ale teraz to nierealne, bo choroba i ….” albo „No tak zabiorę się za to, jak tylko… „, „Ech miałam marzenia, ale teraz to już za późno…” A moim zdaniem wcale tak nie musi być. Marzenia warto, a nawet trzeba realizować tu i teraz, bo to co mamy to tylko dzień dzisiejszy. Przyszłość jest niepewna i to bez znaczenia czy mamy „wyrok” na papierze czy jest on nam nieznany. No bo kto nie słyszał o przypadkach, że lekarz czy opiekun chorego zmarł przed chorym lub komuś dawano kilka miesięcy, a żył 20 lat lub ktoś miał wyzdrowieć, a umarł? Jesteśmy istotami ulotnymi i kruchymi, a nasze życie może się diametralnie zmienić lub skończyć w każdej sekundzie i warto o tym pamiętać. Zresztą, marzenia wcale nie muszą być wielkie, mogą to być nawet miłe życzenia. To może być wycieczka za miasto czy kawałek tortu z ulubionej cukierni, piknik w parku, albo wysłuchanie koncertu ulubionego zespołu/kompozytora. Trzeba tylko podjąć odrobinę wysiłku, by uczynić życie bardziej spełnionym.
Bardzo Was zatem proszę, spełniajcie swoje marzenia/pragnienia i marzenia/życzenia Waszych bliskich, jeśli oni sami nie wierzą w ich realizację. Bądźcie dla siebie i innych Dobrymi Aniołami, Życzliwymi Duchami i Miłymi Skrzatami. 🙂

No to zapraszam na film. Można go bezpłatnie obejrzeć tu:

„Szkoła uczuć” (2002)

I jak? Podobał Wam się film? Zauważyliście jeszcze jakiś przekaz, który mi umknął? Może coś przegapiłam, bo osobiście wolę inny film z gatunku „z nowotworem w tle”. Niby też dla młodzieży i trochę cukierkowy, ale moim zdaniem bardziej prawdziwy i wzruszający. Napiszę o nim już niedługo.

Jak zwykle czekam też na Wasze komentarze, to moje małe życzenie 😛 Czekam na komentujące (nie tylko pod tym wpisem) Skrzaty, Duchy i Anioły 🙂

HEAL. Samoleczenie. Film dokumentalny.

Wczoraj przypadkiem (niektórzy twierdzą, że nie ma przypadków 😉 znalazłam na Netflixie film dokumentalny HEAL. Jestem dość sceptycznie nastawiona do tego typu filmów i gdy zaczełam go ogłądać pomyślałam, że to nic innego jak kolejny „Sekret”. (Pewnie wielu z Was też pamięta film i książkę „Sekret”, które robiły karierę lata temu). Na szczęście HEAL jest moim zdaniem bardziej wyważony i przedstawia różne perspektywy, bez nadmiernego „huraoptymizmu”. Choć optymistyczny niewątpliwie jest.

Film ma na celu przybliżyć nam ideę holistycznego podjeścia do procesu leczenia. Ogólnie, z tą ideą jak najbardziej się zgadzam. Holistyczne czy też integralne podejście do medycyny uważam za najbardziej optymalną drogę. (W przygotowaniu mam sporo wpisów na ten temat.) Oczywiście nie miałabym odwagi powiedzieć, że integralne podejście zapewnia wyzdrowienie (zwłaszcza ze stwardnienia rozsianego czy nowotworu z odelgłymi przerzutami), ale takie przypadki niewątpliwie się zdarzają. Oczywiście zdarzają się też przypadki (choć ja osobiście ich nie znam) osób wyleczonych tylko medycyną niekonwencjonalną, tylko dietą, tylko magicznym rytuałem czy też uleczone wyłącznie przez wiarę i modlitwę. Znam za to sporo osób wyleczonych tylko dzięki medycynie konwencjonalnej. Jednak z moich obserwacji wynika, że najlepsze rezultaty daje podejście całościowe i praca nad zdrowieniem w wielu obszarach jednocześnie. Moim zdaniem holistyczne podejście do zdrowienia/chorowania nie daje oczywiście gwarancji sukcesu, ale w bardzo wielu przypadkach może znacznie przedłuzyć życie i co najważniejsze poprawić jego jakość. Osoby, które podczas choroby podjęły pracę nad swoją psychiką i rozwojem duchowym, nawet jeśli zbliżają się do kresu życia, deklarują mniejszy lęk i większą gotowość. Bliscy takich osób mając poczucie, że chory odszedł pogodzony, lepiej znoszą żałobę.

Właśnie to najbardziej spodobało mi się w tym filmie – zwrócenie uwagi na to, jak ważna jest praca nad szeroko pojętym stresem. Jak ważne jest skontaktowanie się z emocjami i wydarzeniami z przeszłości oraz ich przerobienie. Jak duże znaczenie ma to co o sobie myślimy i jak postrzegamy naszą sytuację. Badania naukowe i zwykłe obserwcje pokazują, że stres jest podstawą ogromnej ilości chorób przewlekłych, których mamy coraz więcej. Warto przypomnieć, że becnie także nowotwory klasyfikuje się jako choroby przewlekłe, przynajmniej na zachodzie. Jest też powszechnie znany efekt placebo i nocebo, które są dowodami, że jednak ciało jest w sporym stopniu zależne od umysłu.

Sama zmagam się z chorobą autoimmunologiczną i wiedząc to wszystko, jeszcze intensywniej pracuję nad swoim umysłem i duchem. Dieta (tu nadal mam dużo wątpliwości), joga, relaksacja i układanie sobie bałaganu w głowie oraz w otaczającej mnie przestrzeni naprawdę pomagają. Przynajmniej mi. 🙂

Większość niekonwencjonalnych metod przedstawionych w filmie już znałam. Wiążą się też one z innymi aspektami o których obecnie się ucze np. niektórymi psychologicznymi metodami terapeutycznymi. O niektórych rzeczach przedstawianych w filmie słyszałam pierwszy raz i wydały mi się dość dziwne, no ale widać jeszcze sporo nauki przede mną. Nie wszystko zresztą każdemu musi pasować i nie wszystko dla każdego musi mieć sens. Należy wybrać to, co nam pasuje i nam odpowiada, bo metoda to jedno, a wiara w nią to drugie i może nawet ważniejsze.

Słucham też obecnie audiobooka o medycynie holistycznej (oczywiście też o nim napiszę), mam też wspominaną w filmie ksiażkę „Biologia przekonań” – dostałam ją kiedyś w prezencie i czas ją przeczytać. Wszystko to zaczyna się układać w większy i dość sensowny obraz. Nie mam jednak zamiaru rezygnować z odkrywania świata klasycznej nauki i medycyny, bo uważam, że w wiekszości przypadków są one niezbędne w procesie leczenia.

Polecam film HEAL każdemu kto obecnie zmaga się z jakąś chorobą przewlekłą czyli np. nowotworową. Można go obejrzeć na Netflixie albo, jeśli któś nie ma tej platformy, to sporo fragmentów filmu oraz dużo dodatkowych materiałów (jeszcze się z nimi nie zapoznałam, ale mam zamiar, bo wydają się ciekawe) można znaleźć na kanale HEAL Documentary na YouTube.
Miłego oglądania i podzielcie się wrażeniami 🙂