Kolonoskopia i gastroskopia pod narkozą cz.3. Dwa tygodnie po badaniach. Jakie są konsekwencje?

Wracam do dokańczania artykułów, które tkwiły dłuuugo w folderze „niedokończone”. Poniższy artykuł pisany był 24.04.2019 – dwa tygodnie po badaniach endoskopowych. Stracił nico na aktualności, ale nadal może przydać się osobom, które miały takie badanie.

Minęło dwa tygodnie od badania kolonoskopii i gastroskopii pod narkozą o których pisałam tu: Kolonoskopia i gastroskopia pod narkozą. Cz.1 Przygotowania. i tu: Kolonoskopia i gastroskopia pod narkozą. Cz.2 Czy jest się czego bać?. Niestety każda ingerencja w ciało ma jakieś swoje konsekwencje.

Konsekwencje wyjałowienia jelit.
U mnie najpierw widoczne były skutki oczyszczania jelit. Miałam z nimi spore problemy: dyskomfort, wzdęcia, gazy, do tego nagle na potęgę cała twarz wysypała sie pryszczami co ponoć może też mieć przyczynę w braku równowagi we florze bakteryjnej i osłonie jelita przez co nie są oną dobrą barierą i jedzenie bardziej szkodzi i uczula. Zaczęłam więc ponownie kolonizować swoje jelita preparatem probiotycznym.

Muszę przyznać, że efekt mnie bardzo miło zaskoczył. Już trzy dni po braniu kapsułek z bakteriami (biorę je rano naczczo) przestałam mieć problem z jelitami i wróciłam do porannego posiedzenia na toalcie i jak na razie dobry rezultat się utrzymuje. Pryszcze też przestały masowo atkować a te co były powoli znikają, zostają jednak po nich blizny. Zobaczymy jak będzie za 2-3 miesiące jak skończę się suplementować dobrymi bakteriami 🙂
P.S. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że pomogło! Jelita wróciły do prawidłowej pracy i włosy też przestały wypadać.

W zwiazku z jelitowym tematem, który ostanio był u mnie „na tapecie” postnowiłam lepiej poznać swoje jelita i żółądek. W ramach mojego Audiotekowego abonamentu kupiłam audiobooka „Historia wewnętrzna. Jelita – najbardziej fascynujący organ naszego ciała”tu można pobrać darmowy fragment, a tu obejrzeć omówienie książki. Jestem dopiero w połowie, ale już wiem, że napewno napiszę na jej temat, artykuł na bloga i już mogę Wam z całą pewnością książkę polecić. Bardzo dużo, niezwykle ciekawych informacji o układzie pokarmowym i jego wpływie na nasze zdrowie oraz stan psychiczny. Okazuje się, że to prawda – jelita są drugim mózgiem i to nie mniej ważnym.

P.S. Książkę skończyłam – jest świetna i bardzo polecam, ale artykuł nadal nie powstał i już raczej nie powstanie, bo nie pamiętam już dokładnie treści 😛 Jaki z tego morał? Marysia – rób rzeczy od razu!!!!

Konsekwencje narkozy.
Dużo słyszłam i czytałam na ten temat. Że się wymiotuje, że się jest osłabionym i rozbitym… Nie miałam nic takiego, czułam się świetnie zaraz po i w kolejne dni też. Choć znajomy z sali pozabiegowej, z którym pozostałam w kontkacie, zgłaszał znaczne osłabienie przez kilka dni po narkozie. Podobno też narkoza „skraca życie”. Nie wiem jak to sprawdzają, więc nie wiem czy dotyczy to też mnie. 😛

P.S. Rok po narkozie nadal żyję. 🙂

Jednak na pewno narkoza (lub coś innego) skróciło życie moich włosów, bo od ponad tygodnia po myciu, wyciągam ich garść i podczas czesania niestety też sporo wypada, więc… Już widać na głowie, że jest ich mniej i są słabsze. Nie wiem jak to dalej będzie. Na razie nienapawa mnie to optymizmem. No nic, może trzeba będzie zrobić krótką fryzurkę – przynajmniej podczas lata będzie chłodniej i wygodnie 😛 Na razie intensywnie będę je ożywiać i może powinnam stosować coś na odrastanie? Co polecacie?

Wyniki badań i co dalej.
Jak już pisałam we wpisie relacjonującym badanie, obrazowo wyglądało to dobrze, ale podczas badania zostały pobrane dwie próbki. Odebrałam już wyniki badań histopatologicznych obu próbek.. Niestety nic z tego nie rozumiem. Jeden wycinek opisany jest bowiem jako „niejednoznaczny”, a drugi jako „niespecyficzny”…. Zatem wracam do punktu wyjścia i wiem, że nic nie wiem 😛
W poniedziałek idę z wynikami do pani doktor rodzinnej, ale nie sądzę bym dowiedziała sę czegoś szczególnego. Muszę więc zrobić jesze badani krwi i ze wszystkim pojadę pod koniec maja do Warszawy do mojej immunolożki.

P.S. Okazało się, że wszytko dobrze. Jestem w pełni zdrowa. Miałam tylko małe zmiany związane z moją autoimmunologiczną chorobą.

Podsumowanie.
Nadal polecam robić badania profilaktyczne. Jednak należy podkręślić, że kazdy kij ma dwa końce (tak jak i przewód pokarmowy :P) i nie wsszystko jest lekkie łatwe i przyjemne oraz bez konsekwencji. Badania endoskopowe do najprzyjemniejszych nienależą i nieco rozlegulowują organizm. Jednak mogą uratować życie i uchronić nas przed gorszymi konsekwencjami leczenia nowotwórów.
Przypominam, że podczas gastroskopii można wykryć zmiany w przełyku, żołądku i na dwunastnicy. Podczas kolonoskopii zmiany w jelicie grubym i na odbytnicy.

Warto? Moim zdaniem zdecydowanie warto.

Dlaczego palenie powoduje raka? O czym nam nie mówią.

Jednym z zadań psychoonkologa jest psychooedukacja, czyli między innymi prowadzenie edukacji w zakresie prewencji raka. Prewencja raka… Co to właściwie znaczy? Niestety są to często slogany: nie wolno palić, należy zdrowo się odżywiać, trzeba prowadzić aktywny tryb życia i badać się regularnie…(Więcej na ten temat powiedziałam w filmiku z okazji Światowego Dnia Rzucania Palenia)
Hasła te są tak popularne i tak mało znaczą, że praktycznie nie robią na nikim wrażenia. Dlaczego? Moim zdaniem brakuje rzetelnej informacji ukazującej jasno i klarownie związki przyczynowo skutkowe.

Praktycznie każdy wie, że palenie papierosów powoduje raka płuc. Większość palaczy zaraz powie, że przecież nie każdy palacz choruje na raka. Przytacza argumenty w stylu:
-„Mój znajomy palił 20 lat i nie umarł na na raka płuc!”
-„A na co umarł?”
– „Eeee… chyba na zawał…”

Można przytoczyć także argument, że nie każda osoba chorująca na raka płuc była palaczem. To prawda, „zaledwie” 9 na 10 paliło papierosy. Co „ciekawe i zaskakujące”- im więcej i dłużej się pali, tym prawdopodobieństwo zachorowania na raka jest większe.

Większość osób nie wie też, że palenie odpowiedzialne jest za całe mnóstwo nowotworów, także w narządach położonych daleko od obszaru bezpośrednio zaatakowanego dymem, jak: pęcherz, nerki, żołądek i trzustka.
Łatwo zrozumieć, w jaki sposób palenie ma wpływ raka jamy ustnej, gardła, przełyku i płuc – powodem jest oczywiście dym zawierający substancje smoliste oraz częściowo temperatura dymu i inne fizyczne czynniki drażniące i uszkadzające śluzówkę przewodu pokarmowego i płuc.
No ale co ma wspólnego z tym trzustka i nerki?


Poniżej postaram się przedstawić cały proces i wyjaśnić, dlaczego palenie jest takie groźne. Znów wkraczam nie na swój teren, ale uważam, że to konieczne. Postaram się wszystko wyjaśnić prosto, zatem mogą nastąpić pewne uproszczenia , za co wrażliwych naukowo czytelników bardzo przepraszam.

Na początek warto zastanowić się nad fundamentalnym dla każdego palacza pytaniem: „Jak nikotyna dostaje się do mózgu?”
Wdychana wraz z dymem nikotyna dostaje się przez płuca do krwioobiegu i z krwią dociera do mózgu. Głównym zadaniem płuc jest dostarczenie tlenu z wdychanego powierza do krwi i wyczyszczenie krwi z dwutlenku węgla. Podczas palenia, wraz z tlenem, do krwioobiegu trafia całe mnóstwo substancji, między innymi nikotyna i blisko 4000 innych specyficznych substancji chemicznych.
(Więcej na ten temat można przeczytać w artykule: Palenie tytoniu najgroźniejszy czynnik rakotwórczy.)
Zatem całe mnóstwo toksyn z dymu krąży nam we kwi po organizmie.

Ktoś mógłby powiedzieć: no ale nie „demonizujmy” palenia. Przecież całe mnóstwo toksyn wdychamy też z powietrzem i zjadamy wraz z przetworzonym i pryskanym pożywieniem, więc czemu akurat „czepiam się” szczególnie papierosów?

To prawda, mutacje powodowane są przez wiele substancji. Pojawiają się nawet samoistnie w procesie replikacji komórek. Jednak większość uszkodzeń jest naprawianych, a jeśli pojawi się poważne uszkodzenie, którego nie da się naprawić, to komórka dostaje sygnał, by popełnić coś w rodzaju bezpiecznego (bezzapalnego) samobójstwa (proces ten nazywamy apoptozą). Odpowiedzialne za to jest jedno, ale niezwykle ważne i kluczowe białko P53 – nazywane „strażnikiem genomu”. (Białko P53 powstrzymuje też rozwijanie się naczyń krwionośnych „dokarmiających” guz.)
(Więcej szczegółowych informacji i dokładny opis białka P53 znajdziecie w artykule Gen p53 jako hamulec molekularny przeciwdziałający powstawaniu nowotworów)

Uszkodzone komórki mogą być też unicestwione także przez nasz układ odpornościowy, ale już z tymi rakowymi nie jest tak łatwo – są one bowiem najczęściej „niewidzialne” dla układu odpornościowego, lub wręcz potrafią uszkodzić nasze komórki odpornościowe. (O tym też się nam nie mówi :/ )

Jak widać mamy całkiem sporo mechanizmów obronnych, chroniących nas przed „psuciem się”. Niestety mechanizmy te tracą swoją skuteczność na skutek między innymi:
– stresu i złej kondycji psychicznej człowieka (badaniem tych zależności zajmuję się psychoimmunologia i to jest też miejsce dla mnie, jako psychoonkologa i psychologa – poprawiając Wasze samopoczucie i kondycje psychiczną, realnie mogę przyczynić się do poprawy Waszego stanu zdrowia i to nie jest jakaś „magia”, tylko nauka. Mam nadzieję, że znajdę w swoich notatkach, genialny wykład z jednej z konferencji, podczas, którego prof. Szczylik szczegółowo wyjaśnia te mechanizmy),
– ogólnej złej kondycji organizmu,
– starzenia się
– i przede wszystkim palenia!

Palenie, a dokładnie benzopiren zawarty w dymie papierosowym (niestety także w smogu) uszkadza bowiem dokładnie gen TP53, uniemożliwiając powstanie białka P53. (Geny kodują białka. Cały proces jest dość skomplikowany, w skrócie DNA -> RNA -> białko. Uszkodzony gen powoduje powstanie uszkodzonego białka lub wręcz uniemożliwia jego powstanie; tymczasem komórka nie ma innej możliwości wytworzenia tego białka.) A zatem:

Bez białka P53 (którego nie ma, bo benzopiren z dymu papierosowego uszkodził gen TP3);

  • komórka nie ma możliwości się naprawić
  • uszkodzona komórka nie ma możliwości się unicestwić
  • komórka, która jest uszkodzona i nie może się unicestwić, z czasem staje się komórką nowotworową, która dzieli się niepohamowanie i jest nieśmiertelna
  • bez genu TP53 komórka, która już zrobiła się sporą ilością komórek rakowych, wysyła sygnały, by rozwinęły się w okół niej naczynia krwionośne dostarczające pożywienie i wtedy guz może się już nieskrępowanie rozwijać …. taa dam… nowotwór złośliwy gotowy!

To właśnie odkrycie związku między benzopirenem, a uszkodzeniem genu białka P53, w końcu jednoznacznie pogrążyło koncerny tytoniowe, które przez lata wypierały się szkodliwości palenia.
(Więcej na ten temat można przeczytać, w moim zdaniem, genialnej książce „Cesarz wszech chorób. Biografia raka”.)

P.S. Zainteresowanych genetyką i genetycznymi podstawami nowotworów zapraszam też do przeczytania książki. „Białko P53. Gen, który złamał kod raka” oraz obejrzenia filmu „Prof. Janusz Siedlecki: Jak powstaje nowotwór?”

Mam nadzieję, że teraz jest już jasne, dlaczego palenie powoduje raka.
W przygotowaniu mam jeszcze jeden artykuł na temat zagrożeń, jakie niesie za sobą palenie papierosów. Zapraszam wkrótce.

Książkowa rozdawajka. 6 książek do wyboru.

Zapraszam na pierwszą książkową rozdawajkę. Na początek przygotowałam 6 książek do wyboru. Dwie książki są nowe i przygotowane specjalnie na tą „rozdawajkę”. 4 książki są używane, z mojej biblioteczki, ale w bardzo dobrym stanie. Pomyślałam, że nikt się chyba nie obrazi. Przecież to dobry sposób na oszczędzanie zasobów i wymianę wiedzy, jak i dobrej energii. 🙂

w
1. „Piersi. Poradnik dla każdej kobiety”. Potężna książka tylko o piersiach. Moje pierwsze skojarzenie „Mam takie małe piersi i taka wielka o nich książka???” 😛 Nowa. Kupiona specjalnie na tą „okazję” i wybrana z rozmysłem, bo to lektura obowiązkowa dla każdej kobiety.

2. „Fetysz mózgu”. Kiedyś dostałam jako pamiątkę z festiwalu komiksów. Jest to bowiem komiks „psychologiczny”, na temat tego jak my kobiety potrafimy zepsuć związki i własne życie. :p Dość mocne ilustracje i mocny język, ale uwagi i sytuacje bardzo trafne i mądrze ujęte. Warto przeczytać. Śmiesznie i inteligentnie. Używana, dwa razy czytana. Ma troszkę zagięty róg.

3. „Bawmy się razem” Ikeowa książka, dla pokolenia IKEA :P. Ślicznie wydana, z pięknymi zdjęciami, o kreatywnych i łatwych do zrealizowania zabawach z dzieckiem. Twarda okładka, ładny papier. Raz czytana. Właściwie jak nowa.

4. „Duński sposób na szczęście. Najskuteczniejsza filozofia wychowania.” Książka o skandynawskim sposobie wychowywania dzieci. Idea mi dość bliska, więc książkę jak najbardziej polecam. Nie wiem, czy osobiście wychowuję Gaję w tej filozofii, bo mam raczej wrażenie, że Gaja po prostu w swoim tempie dorasta, a ja jakoś za tym podążam i bardziej lub mniej nadążam. Nie wiem też, czy ośmieliłabym się powiedzieć, że sprawę jej dorastania kontroluje :p Wychowywanie natomiast z definicji zakłada kontrolę nad sytuacją i świadome wyznaczanie ścieżek oraz przestrzeganie podążania nimi. My zaś z Gajką ewidentnie biegamy po trawnikach życia 😛 Ale właśnie to można by podciągnąć pod skandynawskie „dzieci lasu” 😛 Zawsze to lepiej brzmi niż totalny eklektyzm pomieszany z bezradnością 😛

5. Książka niespodzianka, dla tych, którzy lubią zaskoczenie. Psychologiczno – rozrywkowo – kulinarna. Raczej dla kobiet. Więcej nie zdradzę 😛

6. „Jestem tu i teraz. Jak stać się uważnym we wszystkim co się robi.” To właściwe nie książka, a ćwiczenia z codziennego, domowego mindfulness. Raczej lekka i zabawna. Nowa. Książka do wyboru tylko dla „blogowiczów”.

Wybierzcie zatem jedną książkę, jeśli w ogóle jakaś Wam odpowiada i napiszcie w komentarzu, którą chcecie 🙂 5 maja zrobię losowanie, oczywiście w ramach wybranej książki 🙂 W poniedziałek 6 maja napiszę, kto jaką książkę wylosował, pozbieram adresy i jak najszybciej wyślę paczuszki.

Jeśli wybierzecie książki 1-5, to losować będę wśród osób, które się zgłosiły zarówno ze strony na Facebooku,jak i z bloga. Książka nr. 6 jest tylko dla osób czytających bloga.
Nie pytajcie, nie mam pojęcia czemu tak komplikuję, chyba nie chcę aż tak się dublować 😛

Zapraszam do zabawy 🙂

Chory rodzic, choroba w rodzinie. Jak rozmawiać z dzieckiem o chorobie?

W poprzednim artykule napisałam o tym, dlaczego warto rozmawiać z dziećmi o chorobie dorosłych. Dziś napiszę, jak to zrobić w możliwie najlepszy sposób.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Myślę, że dla wielu osób nie będzie to łatwe, dla mnie też nie było. Warto się więc przygotować. Poniżej napiszę sporo wskazówek i podam zestaw bezpłatnych poradników i artykułów oraz podsunę kilka książek, które pomogą przygotować się do rozmowy i podpowiedzą, jak dobrze funkcjonować z chorobą w rodzinie.

Szewc bez butów chodzi
(Fragment z życia prywatnego, jeśli Was nie interesuje, proszę pominąć akapit. Fragment pisany jeszcze na podstawie doświadczeń sprzed brania leków immunosupresyjnych, gdzie ataki choroby były silne i zwalały mnie z nóg na całe tygodnie.)

Gdy czuję się bardzo źle, Gaja idzie do taty albo do babci i dziadka. Traktujemy to jak coś normalnego – regularnie przecież chodzi do taty, a pobyty u babci i dziadka, są jak super wakacje. Na szczęście nigdy mój kryzys nie trwał dłużej niż kilka dni, więc nie było sytuacji, że Gajka tęskniła, a nie mogła wrócić. Gdyby tak się wydarzyło i zadzwoniłaby, że chce wracać, a ja nadal byłabym w bardzo złej formie, szczerze przedstawiłabym jej sytuacje i dała wybór. W sytuacji, gdy czuję się bardzo źle, a Gaja jest w domu, zwykle leżę na kanapie i patrze jak się bawi. Zainstalowałam też telewizor w sypialni więc możemy razem leżeć w łóżku i oglądać jakiś film animowany. Bycie chorą mamą nie jest łatwe. (więcej na ten temat napisałam w artykule „Ja chora mama, chora partnerka”) Wręcz dobija mnie bezsilność i dręczą myśli, że zawodzę córeczkę. Ale włączam wtedy racjonalizacje – przecież świat nie jest idealny i problemy ma każdy. Jakaś doza trudności kształtuje dziecko i wzmacnia jego charakter, byleby było wspierane przez dorosłych, a świat wokół niego był zrozumiały. Jednak nie zawsze udaje mi się dobrze zareagować. Pamiętam jak kiedyś w nocy miałam bardzo wysoką temperaturę i trzęsłam się z zimna. Próbując znaleźć leki obudziłam Gajkę, którą totalnie przeraził mój widok – takiej trzęsącej się w dreszczach i zlanej zimnym potem nigdy wcześniej mnie nie widziała. Kompletnie mnie to zmieszało i powiedziałam jej, że miałam zły sen o zimie i śniegu dlatego się tak trzęsę i jestem mokra. Uspokoiło ją to nieco, ale już nie wróciła do łóżeczka, tylko chciała spać ze mną. Tą noc obie miałyśmy niespokojną. Myślę, że wyczuła, że coś jest nie tak. Miałam też okropne poczucie winy, że ją okłamałam i nigdy więcej tego nie zrobiłam. Nagrodą za mierzenie się twarzą w twarz z trudnymi sytuacjami jest niedawno wypowiedziane przez moją córeczkę zdanie. Chodziło o coś błahego, ale serce mi urosło, gdy Gaja powiedziała do mnie „Wiem, mamo, że tego nie zrobisz, Ty mnie nigdy nie okłamujesz!”. Poczułam się godna pięknej miłości mojego dziecka. 🙂

Oczywiście choroba onkologiczna to zupełnie co innego – jednak i to można oswoić. Jest to temat bardzo rozległy i nie wystarczyłby jeden artykuł. Na szczęście zostały już przygotowane profesjonalne publikacje na ten temat. Jeśli jesteś chorym dorosłym w rodzinie, w której są dzieci, to polecam Ci przeczytać kilka publikacji, które udało mi się znaleźć, przeczytać i mogę je Wam polecić.

Zanim przejdę do konkretnych książek chciałabym napisać o dwóch kwestiach, które w proponowanych publikacjach nie zostały aż tak dokładnie omówione: o konsekwencjach kłamstwa i o tym, jak przygotować dzieci do naszej niedyspozycyjności.

Po pierwsze nie szkodzić.
W moim przekonaniu kłamstwo szkodzi dziecku, a zatajanie i niedomówienia to też rodzaj kłamstwa. Jeśli mówimy dziecku, że np. rodzic czy babcia wyjechali na wycieczkę, w delegację, do sanatorium, a nie, że przebywają w szpitalu, to wyrządzamy dziecku krzywdę. Jeśli ktoś umrze, a my mówimy dziecku, że tylko daleko wyjechał, to krzywda dla dziecka jest ogromna – przecież dziecko się i tak dowie i przeżyć żałobę będzie musiało, a w dodatku dołoży mu się utratę poczucia bezpieczeństwa z powodu bycia oszukanym. Nawet gdy są to „tylko” błahe kłamstewka: „To nic takiego, to tylko ból głowy i zaraz minie”, „Mamusi wypadły włosy, bo użyła przeterminowanego szamponu”, „Dziadek jest zmęczony, bo jest już troszkę stary.” To też może wyrządzić dziecku krzywdę. Dziecko najprawdopodobniej pozna prawdę lub wyczuje nasz fałsz. Stracimy wtedy jego zaufanie, a ono straci poczucie bezpieczeństwa i będzie na nas złe, że nie traktujemy go poważnie. Uważam, że droga kłamstwa nie jest drogą, którą warto podążać.

A co ze mną będzie?
Małe dzieci mają naturę egocentryczną i jest to norma rozwojowa. Martwią się o nas, ale bardziej o siebie. Jeśli musimy iść do szpitala, należy dokładnie dziecku objaśnić plan działania. Dziecko miało jakiś harmonogram i jakiś rytuał życia, a teraz to się zmieni. Dla dziecka może to być odebrane jak koniec świata. Należy zatem dobrze wytłumaczyć: kto nas zastąpi i kiedy? Kto teraz będzie dziecko budził, ubierał, dawał śniadanko, odprowadzał do przedszkola? Kto będzie przychodził? Kto wykąpie, kto poczyta bajki na dobranoc i utuli do snu? Dokładnie przedstawmy dziecku plan, żeby nie czuło, że wraz ze zniknięciem mamy czy innej ważnej dla niego osoby, zniknie cały jego świat i wszystko co znało i co dawało mu poczucie bezpieczeństwa (małe dziecko nie ma też dokładnej perspektywy czasowej, więc nie rozumie, co to tydzień czy dwa, dla niego to po prostu baaaardzo długo). Jeśli dziecko jest w wieku szkolnym, też należy omówić z nim plan działania i włączyć go w pomoc. Sytuacja zwykle jest trudna i potrzebujemy wsparcia dziecka, lub choćby jego większej samodzielności – ale jeśli dziecko nagle dostanie nowe obowiązki, lub zabierze mu się wsparcie które otrzymywało (pomoc w lekcjach, zawożenie na dodatkowe zajęcia, wspólne weekendowe wyjścia) może czuć się skrzywdzone i oszukane –  „Przecież nie tak miało być! To nie moja wina, że ktoś jest chory.” To częsty żal wyrażany przez dorastające dzieci. Od młodzieży oczekujemy, by szybciej dorosła i pomogła w domowych obowiązkach, jednak uzyskamy lepszy efekt gdy na spokojnie z naszym nastolatkiem porozmawiamy, szczerze przedstawimy sytuację i zapytamy czy zechce nam pomóc i nas odciążyć. Pamiętajmy, że to bardzo trudna sytuacja dla dzieci i młodzieży. Dziecko odczuwa bunt przed zmianą znanego stanu rzeczy. Może potrzebować czasu nim się oswoi, pogodzi ze zmianami i samo z siebie zechce nam pomóc, choćby po to by odzyskać kontrolę nad sytuacją i wpływ na otoczenie. Sami jesteśmy napięci i zdenerwowani, możemy więc mieć duże oczekiwania i bunt dziecka czy nastolatka oraz odmowa współpracy może nas zezłościć. Powstrzymamy się jednak przed naciskami, pretensjami, wylewaniem żalu, obwinianiem dziecka czy zmuszaniem go do wywiązywania się z obowiązków, które ustaliliśmy sami bez jego zgody. Może to powiem przynieść odwrotny skutek niż byśmy chcieli. Dziecko zamiast oswajać się i godzić z nową sytuacją oraz odzyskiwać w niej bezpieczeństwo i chcieć mieć pozytywny wpływ na otoczenie, może się złościć, buntować i wypierać zaistniałą sytuację. Może nawet obwiniać chorą osobę za negatywne zmiany jakie nastąpiły w jej życiu i wyrażać złość nawet w postaci agresji czy autoagresji lub łagodzić ból przygodnym seksem, alkoholem, niebezpiecznymi zachowaniami, narkotykami. Taka nawet gwałtowna reakcja na początku to nic dziwnego i możemy wsparciem złagodzić to napięcie, jednak gdy negatywną postawa dziecka czy młodego człowieka wydłuża się w czasie czy eskaluje, a dziecko zaczyna być coraz bardziej agresywne, słabiej się uczyć, pić alkohol, palić papierosy i wykazywać inne destrukcyjne zachowania, warto skonsultować się z psychologiem lub psychoonkologiem.
Powinna nasz też zaniepokoić odwrotna sytuacja. Gdy dziecko pod wpływem choroby w rodzinie staje się przesadnie grzeczne, posłuszne, świetnie się uczy i przestaje zgłaszać własne potrzeby. Niestety taka sytuacja jest dla nas dorosłych bardzo wygodna czy wręcz może nas cieszyć, zatem możemy łatwo przegapić sygnały ostrzegawcze. Takim nadmiernie pozytywnym zachowaniem dziecko może komunikować nam, że nie czuję się ważne i bezpieczne. Że obawia się, że sytuacja jest tak zła, że nie może pozwolić sobie na bycie sobą albo tłumi ogromne pokłady poczucia winy czy odpowiedzialności za sytuację. Może myśleć magicznie: „Byłem zły dla mamy, więc zachorowała. To moja wina, więc teraz będę już dobry, to może wyzdrowieje.” albo „Jak będę miał same piątki to Bóg w nagrodę uzdrowi mamę.” Choć myślenie magiczne jest ładne i romantyczne, to gdy okaże się, że dziecko nie ma realnego wpływu na sytuacje, może się totalnie załamać i wejść w drugą skrajność. „Miałem same piątki i mama nie wyzdrowiała, nienawidzę Cię Boże/losie i już nigdy nie będę się uczył czy był dobry, bo to bez sensu.” Aby zapobiec rozczarowaniu czy nadmiarowi odpowiedzialności, jakie wzięło na siebie dziecko, warto się przyjrzeć jego zachowaniu i rozmową oraz obserwacją wybadać jego intencje oraz sprostować ewentualne fantazje w jego sposobie myślenia.

Myślę, że uzupełniałam ważne rzeczy, których zabrakło mi w polecanej literaturze. Teraz zatem nadszedł czas na zapowiadane książki, artykuły i poradniki.

Małemu dziecku, którego rodzić zachorował na nowotwór mogą pomóc książeczki. „A Zosia ma raka na smyczy” polecam też wywiad z autorką Biancą-Beatą Kotoro oraz „Mama miała operację” i recenzje tej książki napisaną przez jedną z mam. 
Mam obie książeczki i zapewne kiedyś napiszę o nich coś więcej.

Dla nastolatków bardzo przydatny może się okazać bezpłatny poradnik dostępny online „Mój rodzic ma nowotwór – poradnik dla nastolatków”

Tobie, rodzicu, polecam darmowy podręcznik, w którym znajdziesz wiele porad o tym jak rozmawiać z dziećmi, jak je przygotować na różne scenariusze, jak mądrze i dobrze spędzać z nimi czas, gdy jesteśmy chorzy, lub gdy nie da się nas wyleczyć.

Poradnik: Wsparcie w żałobie i poważnej chorobie.

Pomoże też książka „Jak rozmawiać z dziećmi, kiedy ktoś umiera?”, która zawiera także informacje o tym, jak rozmawiać z dzieckiem o chorobie w rodzinie.

Dzieci, których rodzice są poważnie chorzy lub dzieci w żałobie znajdą wsparcie w organizacji „Tumbo pomaga”.

Polecam też artykuł „Dzieciom trzeba mówić prawdę”

Mam nadzieję, że w wyżej wymienionych publikacjach znajdziecie odpowiedzi na większość Waszych pytań i wątpliwości. Jednak jeśli coś nadal Was niepokoi, napiszcie o tym w komentarzu lub na maila: mamapsychoonkolog@gmail.com. Dziękuję i do usłyszenia 🙂

Stulecie chirurgów. Mamy teraz dużo szczęścia.

Zaczęłam pisać ten wpis w styczniu, a udało mi się go opublikować pod koniec lutego i właściwe chyba dobrze, bo w międzyczasie odkryłam, że dostęp do książki, o której chcę napisać, jest teraz łatwiejszy i można przesłuchać sporą jej cześć za darmo.

Bardzo lubię książki medyczne, a takie o historii medycyny wydają mi się szczególnie ciekawe, bo pokazują jak to się stało, że jesteśmy tu gdzie jesteśmy i jaka to była (i nadal jest) trudna droga. Zatem jak tylko zobaczyłam w księgarni „Stulecie Chirurgów” Jürgena Thorwalda wiedziałam, że muszę ją przeczytać.

Jako, że jak większość z nas cierpię na chroniczne „niedoczasowienie” i długą listę książek do przeczytania (naprawdę mam zamiar te książki przeczytać, muszę więc żyć ze 115lat), zachwycił mnie fakt, że Audioteka ma tą pozycję w formie audiobooka. Natychmiast ściągnełam darmowy fragment, a po jego przesłuchaniu zdecydowałam się na abonament, by móc kupić taniej tą, a w następnych miesiącach kolejne książki tego autora oraz inne ciekawe pozycje, których w Audiotece nie brakuje.
Niedawno odkryłam, że audiobook w sporej części (7h z 17h nagrania) jest dostępny na YouTubie. (Wersja inna niż Audioteki.)

Jestem przyzwyczajona do książek popularno naukowych napisanych prostym, ewentualnie naukowym językim i dużej ilości faktów upachanych w małej objętości tekstu, a ksiażka „Stulecie chirurgów” jest pod tym względem zupełnie inna. Związane jest to zapewne z tym, że została napisana przez człowieka urodzonego w 1915r i przez to ma styl charakterystyczny dla starych filmów i książek. Akcja toczy się dość wolno i narracja jest raczej anegdotyczna niż konkretna, ale trzeba przyznać, że może dłużej się czyta/slucha, ale i więcej się zapamętuje, bo bohaterowie stają się bardziej osobiści, a wątki medyczne nabierają prywatnego czy wręcz intymnego charakteru. Nie brakuje oczywiście krwawych i szczegółowych opisów ze świata ówczesnej medycyny. Pod tym względem książka zdecydowanie nie dla osób wrażliwych. Jeśli śmierć, ból, cierpienie, krzyki, krew, bród i ropa są dla Ciebie tematami tabu, nie sięgaj po tą pozycję.

Polecam książkę wszystkim zainteresowanym medycyną i związanym z nią zawodowo. Polecam ją także pacjentom, czyli właściwie każdemu, bo każdy z nas był i pewnie jeszcze nie raz będzie pacjentem. Książka uczy pokory, uczy też jak długą drogę przeszła medycyna i jak pojedynczy ludzie i ich charaktery wpływali na jej rozwój.

Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale lekarze to dość specyficzna grupa zawodowa – z mocnym ego, dość uparta oraz raczej konserwatywna. Nie można oczywiście uogólniać i takie cechy nie dotyczą wszystkich lekarzy, może nawet nie większości, ale myślę, że nadal postęp medycyny i jej współpraca z innymi dziedzinami nauki jest zbyt często hamowana przez to, że niektórzy lekarze mają się za bogów. (Może i niektórzy słusznie, większość jednak nie. Można o tym przeczytać w książce „Mali bogowie” o której pisałam w innym artykule). Oczywiście, nie chciałabym być źle zrozumiana – jestem jak najbardziej za klasyczną/konwencjonalną medycyną. Uważam jedynie, że medycyna powinna być bardziej integralna, czy też nawet mieć podejście holistyczne, czyli patrzeć na człowieka jako całość. Ciało, umysł, duchowość, styl życia, środowisko są ze sobą nierozerwalnie związane i wszystko ma wpływ na wszystko inne i trudno jest osiągnąć dobre rezultaty pacując tylko w jednym obszarze. Jakikolwiek by on nie był. Ważna jest równowaga.

Obecnie często mówi się nam (czy wręcz wmawia), że jeśli będziemy w coś wierzyć, jeśli będziemy czemuś oddani i będziemy ciężko na to pracować osiągniemy cel (niezależnie jaki by on nie był) i w dodatku otrzymamy za to nagrodę. Historia, w tym także historia medycyny pokazuje jednak coś nieco oddmiennego. Bohaterowie wcale nie zawsze byli nagradzani. Większość pawdziwych odkrywców i innowatorów zginęła w biedzie czy w szaleństwie. Ich rewolucyjne odkrycia były dziesiątkami lat wyszydzane i ignorowane lub bezwstydnie kradzione i cały splendor, sława, pamięć i pieniądze przypadały komuś innemu. Czy wobec tego warto się starać by ulepszać świat? Warto, ale dla samego procesu i radości z pomagania, tworzenia i odkrywania, a nie dla nagrody, która jeśli w ogóle przyjdzie, to będzie tylko miłym dodatkiem.

Moim zdaniem książka „Stulecie chirurgów” (i inne książki tego autora) powinny leżeć w poczekalniach wszystkich szpitali i przychodni, tak by każdy kto jest zdenerwowany i sfrustrowany, że musi czekać w kolejce i każdy kto jest niezadowolony ze swojego lekarza przypomniał sobie, że jednak ma szczęście, bo najprawdopodobniej nie będzie strasznie cierpiał i wizytę przeżyje. Jeszcze 100 lat temu mało kto miał tyle szczęścia. (Jeszcze nie tak dawno ludzie czekający na operacje siedzieli i patrzyli na cierpienie i śmierć pacjentów przed nimi). Po takiej lekturze część osób siedzących współcześnie w kolejce, pewnie totalnie straci wiarę w medycynę i wyjdzie w poszukiwaniu alternatywnego sposobu leczenia. (Nie żeby tam ich czekało coś dużo lepszego. No może poczekalnie są przyjemniejsze, a terapeuci mają wiecej czasu i są milsi, choć zwykle też więcej to kosztuje.) Właściwie to też jest dobre, bo skróci kolejki tym bardziej zdecydowanym podjąć ryzyko leczenia w szpitalu 😛 (Nie bierzcie powyższego akapitu zbyt serio, napsałam go w ramach nabierania dystansu do świata :))

Wracając do książki. Mnie ona nauczyła wdzięczności i utwierdziła w przekonaniu, że warto patrzeć na świat w szerszej perspektywie. Ludzie od zawsze chorowali. Nawet dzieci od zawsze chorowały i umierały. Niestety o tym zapominamy, ale jest to częścią natury i zwykłym elementem życia. Nawet zdrowsza żywność i czystsze środowisko nie chroniło ludzi przed chorobami. Oczywiście nasilenie niektórych chorób było mniejsze (innych większe), ale jak już ktoś zachorował to zwykle wiązało się to z zagrożeniem życia lub trwałym kalectwem. Ludzie też byli wtedy bardziej odporni na cierpienie. Współczesny człowiek wolałby chyba popełnić samobójstow niż przjeść, którąś z ówczesnych operacji. Zatem jak świat światem ludzie chorują (starzy, młodzi, kobiety, mężczyźni, dzieci) i moim zdaniem mamy teraz ogromne szczęście, że jesteśmy gdzie jesteśmy. Oczywiście widzimy głównie kraje zachodu i do nich się porównujemy – bo tam ładniej w szpitalach i więcej pieniędzy na leczenie. Oczywiście to prawda, ale popatrzmy jeszcze szerzej – na cały świat. Ile ludzi ma lepszy dostęp do medycyny i pomocy niż my, a ile ludzi ma znacznie gorzej? A jak popatrzymy na historię ludzkości? Naprawdę jeseśmy szczęściarzami nawet jak zachorujemy. Nasze chorowanie i cierpienie jest oczywiście odbierane indywidualnie i niestety często przez nasze duże ego współczesnego człowieka, którego celem jest samorozwój. Wszystko co staje nam na przeszkodzie jest wrogiem, a ciało, które choruje i tym samym hamuje nas w pędzie, uznjemy za zdrajcę. Ale jakby tak spojrzeć nieco inaczej? Może znajdzie się jednak obszar do wdzięczności? (Zapominamy oczywiście o wdzięczności za to, że ciało przez wiele lat wcześniej dobrze nam służyło i mogliśmy cieszyć się życiem). Wiem, że wielu osobom nie podoba się to co czasem piszę i bywa, że słyszę zarzut, iż brak mi szcunku, bo nie podchodzę (na tym blogu, relacja terapeutyczna to zupełnie coś innego) do spraw cierpienia, choroby i śmierci patetycznie tylko z dystansem i luzem. Jednak w miejscu, w którym obecnie jestem (może za jakiś czas będę myślała zupełnie inaczej) uważam, że za dużo w nas ego i jakbyśmy wszyscy spuścili nieco powieterza z naszego nadętego balonika indywdualnych jednostek czy też całych narodów, wyszłoby nam to na dobre. Oczywiście w chorowaniu przyda nam się sporo woli życia czy nawet woli walki, ale też i sporo pokory. Ostatnio od Szymona Hołowni usłyszałam zdanie, które bardzo mi się spodobało „Cierpienie nie uszlachetnia człowieka, ale człowiek może uszlachetnić cierpienie”. Może warto się nad tym chwilę zastanowić?

Czekam na Wasze komentarze.