Onkomiłość w czasach zarazy…

Prawdziwa historia trudnego uczucia i cierpienia z powodu niejasności sytuacji, umieszczona tu za pozwoleniem czy też nawet sugestią autorki, która napisała, że może to być ciekawa historia na artykuł. Owszem, bardzo ciekawa i wielowątkowa. Jest też dużo pytań, które zapewne zadaje sobie niejedna z nas. Jak to jest z tą miłością podczas choroby onkologicznej?

W treści maila pozmieniane miasta, wiek i treści cytatów – tak by jednak sens pozostał.

„….No właśnie… Wyczytałam na Twoim blogu, że jakiś czas temu prosiłaś o pytania. Chciałam Cię zapytać o Twoje doświadczenia odnośnie chorujących na nowotwór mężczyzn. Czy to częste zjawisko, że odwracają się od kobiet, które kochają? Tyle zdążyłam wyczytać i wysłuchać na temat wsparcia ze strony bliskich, że to takie ważne itp. Tymczasem facet rezygnuje z tego…

Poznałam Go w połowie stycznia w hostelu w Krakowie. Nie będę już opisywać dokładnie, ale naprawdę to wygląda jakby los robił wszystko, żebyśmy koniecznie wtedy się poznali. Od razu powiedział, że ma guza mózgu, leczy się już dwa lata, a lekarze dają mu 8-10 miesięcy życia (ich wcześniejsze rokowania się nie potwierdziły). Zainteresował mnie jako człowiek, bardzo inteligentny, erudyta i sprawiający wrażenie zdystansowanego, może pogodzonego z chorobą (potrafił z niej żartować). W kolejnych tygodniach bywałam zawodowo w Krakowie. Jeden nocleg w tym hostelu miałam zaplanowany już wcześniej, na pozostałe zdecydowałam się z uwagi na Niego. On zakochał się we mnie, chwilę później ja w Nim. Oboje nie mogliśmy uwierzyć w to, co się dzieje. Ja byłam ostrożna w kontaktach z facetami, On nie spodziewał się, że jeszcze takie uczucie Go spotka. Choć znaliśmy się krótko, dobrze spędzało nam się czas razem, pojawiła się myśl, że On naprawdę mógłby być moim mężem, że z Nim nie bałabym się być. Oczywiście wiele razy w życiu byłam zakochana, ale ze wszystkich którzy mi się do tej pory trafiali On okazał się najlepszy. Miałam poczucie, że mnie rozumie. Znajomym z hostelu opowiadał jaka jestem mądra, inteligentna i ładna…

Mówił, że lekarze zabronili mu korzystania z komórki, więc zostawił ją w mieszkaniu w Pozniau. W hostelu mieszkał od listopada, bo co jakiś czas odwiedzał szpital, a nie chciał siedzieć sam w mieszkaniu i myśleć o śmierci. Poza tym w Krakowie miał też firmę, więc zaglądał do pracowników (sam był na zwolnieniu chorobowym). Był słowny, ufałam Mu. Któregoś razu byłam zawodowo w Krakowie, mieliśmy się spotkać na dwie godziny i nie przyszedł. Zadzwoniłam do hostelu, ale nie było Go. Poprosiłam o info kiedy wróci, ale nikt się już nie odezwał. Cały następny dzień to był płacz. Milion myśli w głowie co się mogło stać – że coś mu się stało i leży w szpitalu albo, że nawet… Że źle zapamiętał miejsce spotkania i pojechał gdzieś indziej, że mnie olał itp. Przeszukałam swoje rzeczy i znalazłam starą Nokię. Postanowiłam, że przy najbliższym pobycie w Krakowie dam Mu ją (jeżeli uda, mi się Go spotkać) żebyśmy mieli ze sobą jakikolwiek kontakt. Zaszłam do hostelu nie wiedząc czego się spodziewać i na szczęście zastałam Go. Akurat tego dnia miał wolne od chemii, którą zaczął kilka dni wcześniej. Następnego dnia przed wlewem wymieniliśmy takie zdania:
– „Jestem szczęściarzem, bo mogłem jeszcze Cię poznać”.
– „Nawet nie wiesz ile to co powidziałeś dla mnie znaczy”.
– „Nawet nie wiesz jak to jest mieć kogoś, kto daje motywacje i siłę do życia”.

Ale pomysł, który miał mi przynieść spokój okazał się źródłem bólu i cierpienia. W kontakcie pisemnym czasami to w ogóle nie był ten sam człowiek, którego znałam. Kiedy mieliśmy odmienne poglądy na jakiś temat reagował słowami, których na żywo przy mnie nigdy nie użył. Człowiek tolerancyjny, odnoszący się z szacunkiem okazał się mieć drugą twarz. Która była prawdziwa? Zbiegło się to w czasie z tym, że zaczął czwartą w swoim życiu chemię. Był po kilku wlewach. Na początku miesiąca widzieliśmy się po raz ostatni. Tego dnia potwierdzono pierwszy w Polsce przypadek koronawirusa, a ja czułam się średnio – pokasływałam, pobolewało mnie gardło i głowa. Mieliśmy się spotkać dosłownie na 10 minut, ale sprawy tak się ułożyły, że wyszło z tego około 1,5 godziny. Na żywo był w miarę taki jak zwykle gdy się widywaliśmy, w porannych smsach też w porządku, co mnie trochę uspokoiło, ale i tak miałam mętlik w głowie z powodu poprzednich dni.

Następnego dnia obawiałam się, żeby nie okazało się, że złapał ode mnie katar. Oczywiście nie obyło się bez małej paniki czy nie złapałam gdzieś koronawirusa i Mu go nie przekazałam. Więc kiedy leżał w szpitalu na chemii wysłałam to zakazane pytanie „Jak twoje samopoczucie?” Zareagował nerwowo. Kolejnego dnia sam się odezwał. Przeprosił mnie za swoje zachowanie i wytłumaczył: „Po wlewach jestem rozdrażniony i ciężko ze mną wytrzymać. Jestem wrażliwy na ból i bardzo łatwo się denerwuję. Wiedziałem, że tak to się potoczy. Nikt ze mną nie da rady być w i jest to zrozumiałe. Najlepszą metodą jest odsunąć od siebie ludzi i nie kontaktować się z luźmi by zapamietali mnie dobrze. Można też zachować się tak źle, żeby po moim odejściu odczuwali ulgę zamiast żałoby”. Odpowiedziałam mu, że nie jestem zwolenniczką zrażania do siebie „dla jego dobra”, nie chcę czuć po Jego śmierci ulgi, a opłakać Go, przejść żałobę a potem miło wspominać. Rozumiem, że chciał się odciąć. Kto wie, może ja w takiej sytuacji zachowałabym się podobnie? On, dorosły facet, czerpiący z życia, wesoły, inteligentny, adorujący kobietę miałby sobie pozwolić na pokazanie się jej jako słaby i bezradny?… Odpowiedział, że czuje, że Go zrozumiem. Jakąś godzinę później, gdy byłam w toalecie zadzwonił, ale nie zdążyłam odebrać. Za chwilę znów. Odebrałam i nic, cisza i rozłączenie. I tak kilka razy. Napisałam (nie chciałam dzwonić, żeby nie zrobić Mu kłopotów w szpitalu – jeżeli rzeczywiście nie powinien mieć przy sobie tam telefonu jakiegokolwiek) z pytaniem czy dzwonił. „Tak, ale nie podniosłaś słuchawki”. Wyjaśniłam, że za pierwszym razem nie zdążyłam, ale pozostałe pięć razy odbierałam. „Coś kręcisz”. Zasugerowałam, że może klawiatura jest niezablokowana i jakimś sposobem samo się wciska. „Ta oczywiście…” – to ostatnia wiadomość jaką od Niego mam. Następnego dnia nie otrzymałam raportu doręczenia z wysłanego smsa, za to po dwóch dniach informację „Karta wygasła”. Musiał ją wyjąć z telefonu, może nawet zniszczyć. Gdy dziś piszę do Ciebie, nie mam z Nim kontaktu od kilku tygodni. To w sumie niewiele więcej gdyby liczyć w drugą stronę, do momentu kiedy się poznaliśmy.

W ostatnim poważnym związku był rok. Gdy Jego dziewczyna dowiedziała się, że jest chory, odeszła. Tym bardziej czułam w sobie mobilizację, by ofiarować mu prawdziwe uczucie, pomoc, wsparcie, choć nie wiedziałam jak, bo nigdy nie byłam blisko z żadną osobą chorą na raka. Już tego dnia, gdy Go poznałam naszła mnie myśl, że mi Go szkoda i chciałabym Mu jakoś pomóc, dać mu jakieś szczęście w życiu, tak po ludzku. Była to myśl wolna od uczuć miłosnych, ale może moja podświadomość wiedziała już wtedy lepiej niż ja sama. Nie spodziewałam się, że ostatecznie zachowa się w taki sposób, a wokół jeszcze na domiar złego będzie szalał wirus.

Milion myśli pojawia się w mojej głowie. Czy powodem któregoś z Jego niemiłych zachowań mógł być guz mózgu lub chemia? Czy jednak działał z całkowitą premedytacją? Czy zerwał kontakt, by oszczędzić tego bólu sobie, czy i mi także? A może przestraszył się mojego zaangażowania? Czy z uwagi na koronawirusa wciąż może przebywać w szpitalu mimo, że nie bierze już chemii? Czy to było pożegnanie i już nigdy więcej się nie odezwie? Czy to nasze poznanie się miało w ogóle jakiś sens? A może nic dobrego z tego związku by nie wyszło i lepiej, że stało się jak się stało?

Pod koniec miesiąca przypadają Jego urodziny i zastanawiam się czy nie napisać do Niego jakiegoś listu na adres w Poznaniu. Może właśnie tam teraz przebywa. A jeśli nie, to i tak w końcu kiedyś w tym mieszkaniu się zjawi. Choć im więcej o tym myślę, tym bardziej nie wiem co miałabym Mu napisać. Mam taki mętlik w głowie. Z jednej strony naprawdę chcę uszanować Jego wolę izolacji, więc listem złamałabym to zrozumienie, ale z drugiej strony widzę, że osoby chore bardzo często podkreślają potrzebę wsparcia ze strony bliskich. Może On chce mnie w ten sposób sprawdzić, czy mimo to podejmę jakieś kroki, by ten kontakt nawiązać, „zawalczyć”. Poza tym czasem nawet nachodzą mnie myśli czy ja jeszcze jestem w stanie w ogóle coś Mu ofiarować. Tyle tygodni bez kontaktu, poziom „tych hormonów od zakochania” na pewno znacznie spadł. Czasem wyobraża mi się w głowie taki obraz, że On znajduje mój adres i przyjeżdża do mnie, a ja zamiast się cieszyć patrzę na Niego z wyrzutem…..”

Dostaję taką wiadomość i cóż ja mogę odpowiedzieć? (Pani już dawno odpowiedziałam, ale teraz to ładniej skonstruuję i rozszerzę, bo watków jest tu mnóstwo.)

Po pierwsze nie wiem co tam się wydarzyło. Nie umiem czytać w Jego myślach, a praca nauczyła mnie, że jeśli narzucają się oczywiste odpowiedzi, wcale nie muszą być one prawdziwe.

Moją pierwszą myślą, było jednak to, że jakoś Jego historia mi się nie klei. Po pierwsze bardzo rzadko leczy się nowotwór mózgu chemią. Podobno też zaczął leczenie w listopadzie, a miłosna historia rozgrywa się od połowy lutego do połowy marca (tropem był „pierwszy przypadek koronawirusa”) i On przez te miesiące żył w hostelu bez telefonu, który zostawił w rodzinnym mieście, bo nie może go mieć w szpitalu? Nie znam oczywiście zasad panujących we wszystkich szpitalach, ale nie znam też powodu dla, którego pacjentowi nie wolno mieć telefonu ze sobą. Nie jestem nawet pewna czy taki zakaz, nie łamałby praw pacjenta. W dodatku ktoś jedzie na leczenie nowotworu mózgu i mieszka sam miesiące w hostelu bez telefonu? A jakby mu się coś tam stało??? Czy to jest bezpieczne dla jego zdrowia i życia?

No ale z drugiej strony – kim ja jestem, by podważać czyjekolwiek słowa. Skoro On tak mówił, to raczej należy przyjąć, że tak jest. Pamiętam też tytułową historię z książki „Kat miłości” – słynny psychoterapeuta Irvin Yalom też uważał, że miłosna historia jego pacjentki jest nieprawdopodobna i w nią nie wierzył, a okazała się prawdziwa. Więc jak ja, taki żuczek mogę insynuować, że coś się nie zgadza. Mogę jedynie zgłosić moje pytania i zaciekawnie takim przebiegiem leczenia.

To trochę inna kwestia, bo nie odnosi się bezpośrednio do tej sytuacji, ale mam też taką zasadę, że wierzę moim klintom/pacjentom. W naszej relacji ważny jest szacunek i zaufanie. Oczywiście ważna jest treść, bo jak się wrzuci złe dane, prawdopodobnie otrzyma się zły wynik, ale liczy się też proces. Ktoś czuje to co czuje i nawet jak historia jest nieprawdziwa to oczucia są prawdziwe, a zmyślanie historii też jest z jakiegoś powodu i jest ważne (Dlaczego? Po co? Czemu ma to kłamstwo służyć?). Zatem nawet jak pacjent/klient mnie okłamuje i tak jestem po jego stronie, bo wierzę, że problem z którym przyszedł jest prawdziwy i moim zadaniem jest mu pomóc jak potrafię najlepiej.

Zrobiło się już bardzo długo. W kolejnym wpisie postaram się odpowiedzieć na pytania zadane przez Panią – autorkę maila, bo są to pytania bardzo ciekawe i otwierają nowe, jeszcze nigdy nieporuszane tu tematy. Jeszcze raz bardzo Pani dziekuję, za podzielenie się historią.

Psycholog online i przez telefon oraz wolontariat

Kochani 🙂
Przeszłam na pracę online i telefoniczną. Na czas trwania pandemii będzie to działaność półwolontaryjna, bo konsultuję także bezpłatnie (wsparcie dla sób pracujących na „pierwszej linii frontu”). Teraz oczywiście zapewniam też wsparcie osobom w kryzysie związanym z pandemią. Osoby chore onkologicznie i wasze rodziny oczywiście nadal serdecznie zapraszam. (Wiem, że teraz potrzebujecie jeszcze więcej wsparcia.) Jeśli zatem będziecie znali kogoś komu przydałby się dobry i sympatyczny psycholog z powołaniem – zapraszam 🙂 I nie czekajcie na załamania i depresje, bo lepiej zapobiegać niż leczyć 🙂

Umów się na wizytę online lub telefoniczną.

Osoby, które nie mogą pozowlić sobie na jakiekolwiek koszty zwązane z konsultacją psychologiczną zapraszam na wspólny, wolontaryjny projekt psychologów (też tam można mnie znaleźć)

Psychologowie i psychoterapeuci dla społeczeństwa.

Nadzieja jest bardzo ważna.

Historia z życia i refleksja na pochmurne popołudnie.
(Dane osób zmienione.)

Nadzieja na wyzdrowienie – to dla chorego jest zwykle najważniejsza nadzieja i każda inna wydaje się przy tej błacha i nieistotana.

Praca z nadzieją jest jedną z podstawowych motywów pracy psychoonkologa. Nie chodzi o tworzenie złudnych nadziei, tylko o szukanie nadzei tam, gdzie będąc w kryzysie trudno ją dostrzec. Zawsze bowiem można mieć na coś nadzieję: na wyzdrowienie, na dłuższe życie, na pełne życie, na szczęśliwe życie, na życie bez bólu, na spełnienie choć kilku marzeń, na dokończenie spraw, na naprawienie błedów, na wybaczenie i pogodzenei się z kimś, na spokojną śmierć…

Wielu z nas to rozumie, inni są trochę jak dzieci: „Chcę wyzdrowieć! TERAZ, Nie mogę tak szybko? Może wcale się nie udać? To NIC nie chcę! I się obrażę i będę obrażony, aż do śmierci… I to WASZA wina i BOGA. A jak chcecie, żebym wyzdrowiał, to Wasz problem i JA wam w tym nie pomogę, bo już nie chcę ani WAS ani NICZEGO!”

Zadzwoniła do mnie kiedyś zrozpaczona żona. Jej mąż chory na nowotwór (rokowanie dobre!) wyprowadził się z domu, zostawiając ją z dziećmi. Wyprowadził się do mamy i tam od kilku miesięcy, będąc pod jej opieką wyłącznie leczy się i gra w gry na konsoli. Nie chce nawet z nikim rozmawiać.

Na pierwszy rzut oka: Mężczyzna załamał się, no ale czy choroba zwalnia go z odpowiedzialności jaką ma za innych?
Nie wiem nadal nic, bo nie mogę oceniać sytuacji „na pierwszy rzut oka”.
Sprawa jest dla mnie bardzo skomplikowana i miałabym mnóstwo pytań, jednak Pani nie zdecydowała się na spotkanie. Potrzebowała chyba porady „instant”, której w takiej sytuacji nie potrafiłam udzielić, bo w głowie kłębiło mi się tak wiele pytań i wątków, że nawet jedna sesja byłaby za mało. Może Pani mi nie zufała? Może szkoda było jej na to pieniędzy?

Myślę, że jednak zabrakło tam też i nadziei. On może nie wierzył w wyleczenie, poddał się i uciekł. Jej zabrakło nadziei na poprawę sytuacji. A ja tą nadzieję miałam – dla nich obojga. Miałam też sposoby/narzędzia/możliwości, by ich wesprzeć.

Naprawdę, jakoś strasznie mi smutno, gdy czuję, że mogę pomóc, a nie mogę… (Tak, to już prywata i moja NADZIEJA na przyszłość i większą otwartość osób na psychoonkologa.)

Wracając jeszcze do nadzi.

Co to za nadzieja na spokojną śmierć? Przecież to beznadzieja… A jednak śmierć dotyczy każdego z nas. Mając raka jesteśmy śmiertelni, nie mając raka też jesteśmy śmiertelni i po wyzdrowieniu z raka nadal będziemy/jesteśmy śmiertelni….
Często jednak osoby traktują wyzdrowienie jak bilet do nieśmiertelności. Teraz mając raka mogę umrzeć, ale zdrowy będę bezpieczny.
Jakże często slyszę: „Muszę wyzdrowieć. Po wyzdrowieniu wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie inaczej.”
Nie, nie będzie. (A już na pewno nie WSZ\YSTKO.) To jest właśnie złudna nadzieja i czesto jest powodem wielu rozczarowań. Przychodzi bowiem zdrowie i nagle szok. Pozostał przecież lęk o nawrót choroby, trzeba wrócić do prozy życia, famfary i gratulacje z bycia „ozdrowieńcem” szybko się kończą, a zaczynają się oczekiwania, wymagania i roztrzeskujemy się o skałę rzeczywistości. Rzeczywistość po chorobie serwuje bowiem nam:

  • Niedowierzanie. „Ale to na pewno już??
  • Depresja. Zeszło napięcie i mobilizacja i dopada nas niemoc z siłą większą niż kiedykolwiek.
  • Strach. „Nie chronią mnie już leki. Nie ogląda mnie lekarz już tak często. A jak bez kontroli rak wróci?”
  • Poczucie wyobcowania. Leczenie trwało kilka miesięcy czy lat. W tym czasie świat poszedł do przodu, a my żyliśmy w innym świecie i teraz nagle mamy znów wsiąść do pędzącego pociągu, kiedy nadal jesteśmy „inni”…
  • Poczucie winy. Dlaczego innym się jeszcze nie udało? Dlaczego inni umarli?
  • Presją. Jestem „ozdrowieńcem” dostałem „drugie życie”, tyle się teraz odemnie oczekuje. Czy nie zmarnuje tej szansy? Czy nie zawiodę siebie i innych?
  • Radość i euforia. Mogą przyjść dopiero potem. Mogą pojawić się na początku, ale szybko przeminąć, a mogą nie pojawić się wcale…

Wbrew pozorom bycie „uzdrowionym” wcale nie jest proste.
Dlatego na tym etapie także nie wahajcie się skorzystać ze wsparcia psychologa/psychoonkologa. (tak to jest link – autopromocja i wcale się nie wstydzę, bo warto :)) Rozmawiajcie z bliskimi. Mówcie o odczuciach i trudnościach. Układajcie sobie życie powoli, spokjnie i mądrze. Dbajcie o solidne podstawy, bo zamki z piasku szybko się rozsypią.

Czekam na z Wasze komentarze. Do poczytania wkrótce i zapraszam do obejrzenia filmów 🙂

Apel. Szydełkowe motylki dla osieroconych rodziców.

Apel o szydełkowe motylki!

Już wyjaśniam.
Ostatnio coraz częściej pracuję z kobietami/parami po stracie dziecka w ciąży. W związku z tym intensywnie poszukuję sposobów, by jak najlepiej i jak najpełniej wspierać osieroconych rodziców.
Niedawno natrafiłam na artykuł, w którym kobieta opisywała, jak straciła dziecko będąc za granicą. Tam na oddziale, po zabiegu otrzymała dwa szydełkowe motylki. Napisała, że mały motylek bardzo wiele dla niej znaczył i długo miała go zawsze przy sobie. Teraz czuje się już pogodzona ze stratą, choć nadal kocha swoje nienarodzone dziecko i o nim pamięta, a motylka trzyma schowanego w szufladzie.

Przemyślałam temat i pomysł z motylkami wydaje mi się bardzo trafiony. Oczywiście nie dla każdej kobiety, ale wielu kobietom/rodzicom takie motylki mogą pomóc łagodniej przjeść przez żałobę.

Gdy kogoś tracimy, zwłaszcza nagle, często potrzebujemy mieć przez jakiś czas przy sobie jego/jej rzecz. To taki obiekt będący symbolicznie tą osobą. Pomaga nam on oswoić się ze stratą i nieco ponownie zmaterializować tą osobę. Poczuć ją i być blisko. Możemy do tego przedmiotu mówić, płakać, krzyczeć z rozpaczy, przytulać, ściskać, trzymać pod poduszką, w kieszeni, w torebce… Pomaga nam to poczuć się lepiej i przejść przez żałobę, a w pewnym momencie zauważamy, że tego przedmiotu potrzebujemy coraz mniej, a potem już wcale lub tylko czasem.

Mamy dzieci, które odeszły będąc w brzuchu, często nie zdążyły jeszcze nic kupić/dostać dla dziecka lub rzeczy, które mają wydają się im bezduszne. Ręcznie zrobiony z miłóścią i podarowany z troską motylek może być właśnie takim symbolem dziecka.

Motylek symbolizujący rodzica można włożyć do trumienki/grobu. Pomoże to rodzicom, którzy (choć wiedzą, że to nieracjonalne), boją, się że zmarłe dziecko czuje się opuszczone i tam gdzieś boi się być samo. Mają z tego powodu ogromne poczucie winy. Motylek (oni) na symbolicznym poziomie będzie z dzieckiem i otoczy je rodzicielską miłością.

Motylka „rodzica” można też położyć koło inkubatora, gdy nie możemy być często z naszym przedwcześnie narodzonym dzieckiem walczącym o życie. A małego motylka, mama może mieć przy sobie i go przytulać i przez motylka może wysyłać miłość, kórą symbolicznie otrzymuje dziecko, leżace w inkubatorze z dala od ciepła ciała mamy.

Myślę, że jest jeszcze wiele okoliczności, w których taki motylek – symbol dziecka czy rodzica może być pomocny.

Oczywiście nie będzie to odpowiadało wszystkim kobietom/rodzicowm i nie twierdze, że ma to zastosowanie dla każdej rodziny i sytuacji, ale dla wielu tak.

Pomyślałam także, że motylki mogą być tworzone i podarowane z miłością, troską, sercem i zaangażowaniem. Nasycone dobrą, wspierającą energią kobiet, dla innych kobiet. Przecież jest między nami cudowna więź łacząca nas kobiety, szczególnie w trudnych chwilach i w momentach troski o dzieci.
Do motylków można nawet dodać karteczkę czy list. Taki list bez pustych frazesów i raniących pocieszeń, a pełen głebokiej troski i wsparcia.
„Nie znam Cię droga Mamo/Kobieto i nie mogę Ci pomóc w tym bolesnym momencie, ale zrobiłam dla Ciebie te motylki z miłością i chciałabym, by przyniosły Ci, choć odrobinę ulgi…” Inna Kobieta/Mama

Oczywiście to tylko taki przykład wiadomości…

Nie potrafię szydełkować, ale postram się kiedyś nauczyć, by też zrobić takie motylki. Na razie mam prośbę do Was, kochane kobiety (a może i mężczyźni), które/którzy potraficie tworzyć takie cuda. Czy któraś z Was albo waszych znajomych chciałaby zrobić takie pary motylków i przesłać je do mnie, bym mogła je dawać mamom/parom po stracie? (Pary: Motylek Dziecko i Motylek Rodzic) Nie ukrywam, że marzy mi się, by były to piękne motylki, które pocieszą serce i ucieszą oczy…

Mogę na Was liczyć w tej sprawie? Proszę…

Osoby, które chciałby zrobić i przysłać motylki, proszę o kontakt w komentarzu (odpiszę w prywatnej wiadomości i podam adres do wysyłki) lub na maila:
mamapsychoonkolog@gmail.com

Podsumowanie 2019 cz.1

Początek roku to dobry czas na plany, ale i na podsumowania poprzedniego roku (jeśli ktoś, tak jak ja nie zdążył przed Sywestrem :P)

To już drugie podsumowanie (poprzenie – na rok 2018 wyszło dość obszernie: część 1 i część 2). W tym roku mogę się też „rozliczać” ze spisanych na blogu zeszłorocznych postanowień na 2019r.

To był dobry rok. Przede wszystkim w życiu prywatnym, ale zawodowo też mam powody do radości i zadowolenia 🙂

  1. Przede wszystkim nadal istnieje projekt MamaPsychoonkolog i systematycznie się rozwija.
  2. Blog mamapsychoonkolog. Nadal jest pisany 🙂 Udało mi się wrócić mimo kilkumiesięcznej przerwy spowodowanej niemocą pisarską i koncentracją na Facebooku. Opublikowanch zostało 36 nowych postów, w tym sporo wpisów godnych uwagi (tak nieskromnie mówiąc). Zachęcam Was do scrollowanie w dół i przejrzenia archiwum bloga.
    Zmieniła się też szata graficzna – nowa wydaje mi się bardziej przejrzysta, stare wpisy są stopniowo poprawiane, pojawiła się nowa strona z nagrywanymi przeze mnie filmami i opisem tego czym się zajmuję. Jest też „aż” 29 subskrybentów 😛 Oczywiście w 2020 czeka mnie dużo kolejnych poprawek i pracy nad blogiem.
  3. Strona na Facebooku. Nieśmiałe kroki poczyniłam pod koniec 2018r, ale tak naprawdę porządnie zabrałam się za pracę od początku 2019. Przyznam się Wam, że marzyło mi się 500 osób obserujących na koniec 2019 i uważałam, że to bardzo wiele, jak na stronę o tak niszowej treści. A tu wielka niespodzianka. Rok 2019 zakończyłam mając 2291 osób obserujących stronę. Dziękuję Wam bardzo za docenienie mojej pracy. Muszę Wam powiedzieć, że włożyłam w to bardzo wiele wysiłku i naprawdę uważam, że to była dobra robota. Moim zdaniem strona jest ciekawa i można tam znaleźć dużo przydatnych informacji oraz inspiracji.
    Zapraszam Was do scrollowania w dół także strony Mamapsychoonkolog na Facebooku i siegania do archiwum. Mnóstwo wpisów, które się tam pojawiło wcale nie straciło na aktualności. Jestem przekonana, że przeglądając całość znajdziecie dla siebie wiele ciekawych informacji i inspiracji.
    Na co mam nadzieję na koniec 2020? Aby strona rozwijała się jak do tej pory i było nas 5 tys osób na koniec 2020, choć może to być nierealne, bo w nowym roku dojdzie sporo nowych czasochłonnych i energochłonnych projektów i może zabraknąć sił i czasu na pielęgnowanie strony.
  4. YouTube. Szczerze myślałam, że w zeszłym roku się nie przełamię. Prze wiele miesięcy mnóstwo znajomych mówiło mi, że warto zacząć nagrywać filmy, bo tak można przkazać dużo treści i dotrzeć do wielu nowych osób, które inaczej nigdy nie dowiedzą się o tym, że można uzyskać wsparcie w chorobie, w leczeniu bólu czy po poronieniu. No i w końcu się przełamałam. Zapraszam na mój raczkujący kanał: Maria Tarczyńska mamapsychookolog. Ten rok kończę z 12 filmami i 12 subskrybentami, w tym większość to moja rodzina 😛
    Jednak nie będę się poddawać, bo wierzę, że tworzenie filmów, które (mam nadzieję), w jakiś sposób Wam pomogą czy Was zainspirują oraz nagrywanie filmów z odpowiedziami na Wasze pytania, będzie jednym z głównych celów tego roku.
  5. Instagram. To na razie zupełnie mi nieznany obszar. Ruszę go w tym roku i postaram się opanować choć podstawowe regóły. Na razie trzeba będzie przekształcić prywatne konto w firmowe lub założyć konto projektu mamapsychoonkolog. Mam na koniec 2019 r 219 obserujących 😛

6. Dokształcanie.
a) W kwietniu zeszłego roku rozpoczęłam obszerne szkolenie z zakresu elementów interwencji kryzysowej i coachingu czyli z coachingu kryzysowego w Instytucie Pozytywnej Terapii Kryzysu (wtedy to była Akademia Coachingu Kryzysowego). Ogólnie mówiąc coaching kryzysowy jest narzędziem, które ma pomagać wyjść z kryzysu, ale i ma pomóc uzyskać wzrost pokryzysowy. Nie wiem jak sprawdzi się coaching w kontekście wspomagania osób chorych, ale psychologia kryzysu na pewno jest tematem, który warto zgłębiać będąc psychoonkologiem. Szkolenie jest połączeniem pracy z e-learningiem i zjazdami stacjonarnymi. Czeka mnie kilka egaminów cząstkowych i jeden główny oraz zrobienie studium przypadku.
b) W październiku chciałam rozpocząć dodatkową podyplomówkę z zakresu psychoonkologii, ale jej nie otworzono po raz kolejny i już jej nie otworzą w najbliższym czasie. Chyba z rozczarowania coś mnie zaćmiło i zaczęłam inne studia podyplomowe mające aż 3 semestry. – przygotowanie pedagogiczne dla psychologów. Mam takie marzenie, by być kiedyś dodatkowo wykładowcą czy nauczycielem w szkole medycznej, pedagogicznej czy psychologicznej. Studia, które wybrałam mają status normalnej podyplomówki i dają uprawnienia pedagogiczne, ale mają formę elearningową. Niema zjazdów, tylko jest czytanie udostępnianych materiałów oraz testy cząstkowe, czytanie, testy, czaytanie, testy… Może i wygodne ale niestety nudne. No i czeka mnie egzamin na zaliczenie semestru. Zatem w tym roku chce zakończyć semest pierwszy, zacząć drugi i być na bięrząco z materiałem. Na razie mam ogromne zaległości, zatem czeka mnie dużo pracy 😛
Jednak nadal marzy mi się dokształcanie z psychoonkologii. Nie wiem czy w październiku nie zdecyduję się na psychoonkologię na uniwersytecie Jaggielońskim w Krakowie. Tam jest inna kadra i mogą mieć inne podejście niż na SWPS. Czytałam tematy wykładów i są inne niż te które przerabiałam na swojej podyplomówce. Warto rozszerzać horyzonty, jednak zjazdy byłyby w Krakowie – zatem czas i bardzo duże koszty… Jak to wszystko pogodzić…
Dlaczego chcę zaistnieć w Internecie? Bo chcę i mogę spróbować 🙂 I uważam, że to co robię (i nie tylko ja – inne osoby zajmujące się tym samym, także całym sercem wspieram) jest ważne i na takie treści też jest miejsce. Nie zarobię w Internecie – bo niby kto ma mnie „sponsorować”? Jedynie na czym mogę „zarobić” dzięki Internetowi, to klienci w gabinecie, którzy dowiedzieli się o mnie przez Internet. A to, nie oszukujmy się, nie będą żadne kokosy, więc to wszysto nie jest dla „hajsu”.
Mam to szczęście, że odnalazłam swoją życiową pasję, która może być jednocześnie moją pracą. (Jednak odkryłam ją dopiero w wieku 34 lat i od tego momentu zaczełam wszystko praktycznie od nowa – prawie od zera, więc nie jest to wszystko takie słodkie i proste.)

c) W zeszłym roku zrobiłam też dwa obszerne szkolenia: z Interwencji kryzysowej w sytuacji śmierci dziecka oraz z zakresu Prowadzenia grup wsparcia. Oba szkolenia orgaznizowane były przez Fundację Rozwoju i Promocji Psychoterapii w Zabrzu. Uczestniczyłam też w wielu świetnych warsztatach organizowanych głównie przy okazji różnych konferencji. Tak, to był udany rok jeśli chodzi o dokształcanie się 🙂

Uff.. Wpis zrobił się już za długi, choć i tak nikt pewnie tego nie czytał. Jednak musiałam go napisać dla siebie, żeby mieć motywację i siłę do działania. Kolejna cześć podsumowania wkrótce (będzie ze zdjeciami więc może trochę mniej nudna :P).